niedziela, 18 czerwca 2017

Refleksja odrobinę niepokojąca, ale bez przesady

Koleżanka Evascriba na swoim blogu przytoczyła wypowiedź emeryta, który oburza się tym, że młodzi ludzie się nudzą. On nie, bo nie myśli za dużo, tylko biega od rana do nocy, ciągle czymś zajęty.

Ja również nigdy się nie nudzę. Nuda to stan, który pamiętam mgliście z dzieciństwa. Nie pamiętam, kiedy zdarzyło mi się nudzić w dorosłym życiu. Nie znaczy to, że wszystko mnie interesuje. Ale nudzić się, a nie interesować tym, co się dzieje, to nie to samo. Na przykład na zajęciach z ekonomii politycznej potwornie chciało mi się spać i oczy zamykały mi się, mimo tego, że pan doktor stał trzy metry przede mną. Nie nudziłem się jednak. Było mi dobrze, odpływałem w niebyt, a słodki, jednostajny głos doktora M kołysał mnie i unosił niczym srebrny obłok na lazurowym niebie sennego popołudnia. W dzieciństwie nudziłem się w kościele. Jeśli teraz zdarzy mi się tam być, nie nudzę się. Moje zwoje mózgowe leniwie przetwarzają myśli i obrazy. Właśnie leniwie. Kilkanaście lat temu wymyśliłem na mszy algorytm do wyszukiwania danych. Teraz już nic nie wymyślam, a i tak mi się nie nudzi.
Chciałem nieskromnie a nawet arogancko napisać, że człowiek inteligentny nigdy się nie nudzi. Wiem, że naraziłbym się tym, którzy jednak czasem się nudzą. Naraziłbym się, bo nikt nie uzna sam siebie za mało inteligentnego. Nie napiszę tak jednak. Nie z obawy o to, że ktoś się obrazi.
Przyczyna jest inna. Mam psa, który jest naprawdę inteligentny i właśnie dlatego nudzi się, gdy nie ma zajęcia. Nosi go wtedy jak Żyda po pustym sklepie. Jego poprzednik był głuptasem i nigdy się nie nudził. Jeśli nie miał nic do roboty, spał, albo się przytulał do człowieka i leżał spokojnie. Czyżbym z wiekiem upodabniał się do psa głuptasa?

czwartek, 1 czerwca 2017

Takie czasy

Ukazała się książka, będąca zapisem rozmowy Andrzeja Werblana i Karola Modzelewskiego o wydarzeniach z okresu pierwszej Solidarności. Spokojnie. Nie zamierzam o niej opowiadać. Przeczytałem kilka fragmentów tej książki przedrukowywanych w prasie i pomyślałem: a czy to ma dziś jeszcze jakieś znaczenie? Ma znaczenie dla badaczy historii naszego kraju, książka jest cennym źródłem wiedzy o tamtym okresie, ale czy dziś coś z tego dla nas wynika? Mam wrażenie, że nie, że to już prehistoria. Znów poczułem się stary, bo pamiętam trochę tamte wydarzenia odległe o lata świetlne od teraźniejszości. Z drugiej strony nie było to aż tak dawno. Nie tak dawno, ale jednak bardzo dawno i jakby na innej planecie.
Patrząc na aktualną rzeczywistość mam wrażenie, że rządzą nami dziwni kosmici. Dziwni, bo nie są zieloni i nie mają antenek (chyba, że który założy beret), tacy kosmici zza stodoły. Dziwne podwójnie, bo ci kosmici pochodzą przecież z tamtej planety, którą pamiętam z dzieciństwa. Dlaczego więc są mi bardziej obcy niż Alf?

piątek, 26 maja 2017

Manchester

Po zamachu w Manchesterze, w którym znów zginęła garstka Europejczyków, ale co jest dla Europejczyków stokroć ważniejsze niż śmierć tysięcy ludzi w Syrii, Iraku albo dowolnym innym państwie niebiałego człowieka w typie nordyckim myślałem, aby coś na ten temat napisać. Nie napisałem, bo nie przyszło mi do głowy nic, co bym uznał za warte czytania przez innych.
Dziś przeczytałem tekst Agnieszki Wołk-Łaniewskiej w ohydnym dla wielu tygodniku NIE. Autorka pisze zawsze bardzo dobrze. Czasem wyjdzie jej spod pióra coś, czego sam bym nie napisał równie dobrze, a jest również moją myślą. Oto jak skomentowała wystąpienie posła Budki na temat zamachu, w którym to wystąpieniu pan poseł był łaskaw stwierdzić, że to "wojna cywilizowanego świata z terroryzmem":
...gdy "cywilizowany świat" zaczął porywać, torturować i przetrzymywać latami bez sądu podejrzanych o terroryzm, najczęściej bez cienia dowodów, gdy zaczął mordować ludzi za pomocą dronów, nie bacząc na "szkody kolateralne", czyli setki tysięcy rozwalonych niechcący cywilów, gdy zaczął najeżdżać i okupować kraje, które w żaden sposób go nie zaatakowały - to ten prosty westernowy podział się skończył. Dziś to jest wojna terroryzmu radykalnego islamu z terrorem państwowym Zachodu. I w dupę biorą oczywiście niewinni. Jak zawsze na tym bożym świecie.


środa, 17 maja 2017

Pewnego razu w Paryżu

Tony otworzył drzwi do swego ciasnego, ponurego mieszkania, w którym spędzał samotne noce.
- Wejdź. - powiedział do blondynki w długim futrze z norek. Przeprosił ją za to, że miejsce, do którego przyszli, nie wygląda zbyt szykownie, ale kiedy mężczyzna mieszka sam...
Poprosił, by usiadła. Nie skorzystała z zaproszenia. Stała spięta, oczekując na rozwój wypadków.
- Nieźle się urządziłaś. Zapuszkowali mnie w maju, a w czerwcu już byłaś na Riwierze z jakimś gigolo. Nie traciłaś czasu.
- Myślałam, że go kocham...
- Przestań, bo się rozpłaczę.
- To prawda, Tony.
Tony podszedł do Mado, wziął ją za rękę i uniósł brew z podziwem, przyglądając się okiem fachowca wielkiemu brylantowi na jej palcu. Niezła błyskotka - powiedział. Usiadł przy stole.
- Chcę ci pomóc, Tony.
- Nie żartuj!
Tony pobawił się chwilę kartami do gry.
- Zdejmij pierścionek i połóż na stole. - zakomenderował.
Mado zdjęła brylant bez namysłu.
- Teraz bransoletkę.
Wykonała polecenie bez szemrania i natychmiast, nie czekając na kolejny rozkaz, zdjęła z siebie resztę biżuterii.
- A teraz futro. - rzucił Tony.
Zdjęła więc futro. Kazał zdjąć sukienkę. Uczyniła i to.
- Resztę też! 
Można było pomyśleć, że Tony zamierza spieniężyć klejnoty, może nawet futro, ale sukienkę, halkę?
Czyżby chciał... ? Nie. Patrzył na Mado jak Adolf Hitler na swoich generałów w momencie odbierania meldunku o kolejnym dniu planowego odwrotu swoich wojsk na froncie wschodnim.
- Zawsze o tobie myślałam, Tony. Uwierz mi!
Tony chwycił skórzany pasek, wiszący na wieszaku, akurat pod ręką, i uderzył Mado raz, drugi, trzeci. I jeszcze raz, i jeszcze. Z całej siły. Z zimną mocą, jaka kieruje ręką człowieka zdradzonego przez kobietę, czekającego w więzieniu po nieudanym skoku na ten moment przez pięć lat.
Wreszcie rzucił pasek. Miał dość. Mado prawdopodobnie też.
Ubieraj się! - krzyknął.
Mado pośpiesznie założyła sukienkę. Jeszcze jej nie dopięła, kiedy Tony chwycił ją stalowym uściskiem za ramię i wyrzucił na klatkę schodową.
- Precz!
Wzburzony zatrzasnął drzwi. Jego wzrok padł na futro i biżuterię Mado. Chwycił rzeczy, otwarł drzwi i z wściekłością cisnął je w ślad za kobietą. Nie płakała. Wiedziała, że odebrała słuszną karę od szlachetnego człowieka, od przestępcy, ale przecież uczciwego i sprawiedliwego.
Teraz Tony mógł już wziąć do ręki telefon i oznajmić Jo, że robota, którą proponuje Mario jednak go interesuje.

Opisana scena rozegrała się w roku 1955 w filmie Rififi Julesa Dassina. Nawiasem mówiąc mocno przypominającym nasz Vabank, tyle, że Vabank to komedia, a Rififi to dramat, kończący się tragicznie. W roku 1955 były inne samochody i inne ubiory niż dziś. Alarmy w sklepach jubilerskich też były inne. Dziś w filmach widzimy promienie laserów i mrugające diody. Włamywacz spuszcza się z otworu w suficie na lince cienkiej jak struna, ubrany w obcisłe elastiki, żeby było widać muskulaturę aktora, mozolnie rzeźbioną na siłowni. W Rififi urządzenie alarmowe mieści się w blaszanej skrzynce ze szkolnym dzwonkiem, włamywacze idą na robotę w garniturach, schodzą do jubilera po konopnej linie z supłami, żeby mieli na czym oprzeć stopy w lakierkach. To nic, że robota brudna i garnitury mają upaprane. Mają przecież jeszcze eleganckie płaszcze z wełny i kapelusze.
W 1955 r. kobieta gangstera była jego własnością. Jeśli okazała się niewierna, mógł i powinien ją sprać a następnie wyrzucić jak ścierkę. Ona wiedziała, że słuszne to i sprawiedliwe, więc nie protestowała. Przypuszczam, choć tego nie wiem, że i dziś kobieta gangstera jest bardziej rzeczą niż człowiekiem i jak rzecz do gangstera należy.  Ale dziś chyba nikt nie ośmieliłby się pokazać tego w filmie w taki właśnie sposób. Tyran bijący kobietę musiałby być prymitywnym bandytą, czarnym charakterem wzbudzającym odrazę u widza. Tony tymczasem bardziej przypominał gruźlika piszącego romantyczne wiersze niż chamskiego prymitywa. Tony'emu chodziło o sprawiedliwość. Był wrażliwy, uratował dziecko z rąk bandziora o czole neandertalczyka. Był szlachetny aż do końca. Swojego i filmu.
To dobry film, ale dziś już Tony nie postąpiłby tak z Mado. I słusznie.


piątek, 12 maja 2017

Wesołe igraszki

Najpierw media zapodały, że politycy Platformy złożyli do prokuratury doniesienie na polityków PiS, że ci mogli popełnić przestępstwo, polegające na ujawnieniu tajemnicy państwowej osobom niepowołanym. Wczoraj usłyszałem, że politycy PiS złożyli doniesienie na polityków Platformy, że ci dopuścili się przestępstwa, polegającego na zarzucaniu politykom PiS, jakoby oni mogli dopuścić się przestępstwa. Koncept prosty i przedni zarazem. Jeśli ktoś mówi, że popełniłeś przestępstwo, donieś na niego, że cię oczernia. Teraz potrzeba tylko jednego. Prokuratura powinna stwierdzić, że nie będzie prowadzić śledztwa przeciwko politykom PiS, tylko przeciwko politykom Platformy, gdyż ostatni ma zawsze rację. Szkopuł tylko w tym, że politycy Platformy mogą złożyć nowe doniesienie na polityków PiS, że ci złożyli nieprawdziwe doniesienie, jakoby politycy Platformy złożyli nieprawdziwe doniesienie, że politycy PiS mogli popełnić przestępstwo. Co prawda wiadomo, że nie mogli, gdyż politycy PiS nie popełniają przestępstw z definicji, a politycy Platformy wręcz przeciwnie, ale póki co nie ma takiego prawa, żeby politycy Platformy nie mogli sobie składać doniesień, jakie im przyjdą do głowy. Grozi więc "operacja Rolada", jak to nazwał Andrzej Zaorski w swoim skeczu z przed wielu lat. Tam chodziło o to, że jedne wojska oblegały inne, w twierdzy, ale oblegający też byli oblegani z zewnątrz, a oblegający oblegających, znów oblegani itd. Tutaj może być podobnie.
Gdyby to były Niemcy lat trzydziestych, przyszłość Platformersów rysowałaby się w czarnych kolorach, ale u nas nie będzie grozy, mam nadzieję, u nas będzie żenada. Nic nowego. Zatem - cieszmy się słońcem! Nareszcie ciepło!

niedziela, 7 maja 2017

Bo się, k... rozpłaczę ze współczucia

Uprasza się o nieczytanie tego tekstu osoby, które:
a) są lekarzami,
b) mają lub miały lekarza w rodzinie,
c) chcą być lekarzem,
d) kształcą dzieci na lekarzy,
e) inne, podobne,
bo i tak się nie zrozumiemy.

Na stronie gazeta.pl zmieszczono reportaż o ciężkiej doli początkujących lekarzy. W skrócie chodzi o to, że lekarz rezydent zarabia na rękę 2200 zł na etacie, więc musi dorabiać. Musi? Musi zrobić obowiązkowo 4 dyżury w miesiącu po 400 zł. Czyli razem, z obowiązkowej pracy, dostaje 3800 zł. To mu uwłacza, więc zapierdala na dodatkowych fuchach jaki dziki osioł, bez opamiętania, bez umiaru, bez krzty zdrowego rozsądku, aż padnie na ryj. W reportażu padnięcie na ryj opisane jest jako zasypianie za kierownicą samochodu i powodowanie zderzeń. Nic dziwnego, skoro gostek kilka razy w miesiącu pracował po 32 godziny bez przerwy. W "swojej szczytowej formie", jak mówi bohater reportażu, robił dziesięć dyżurów miesięcznie. A to nie wszystko, co robi. Mamy więc obraz idioty, który nie zna granic swojej wytrzymałości, a jak pozna, to i tak ma to w dupie, brnie dalej. Uważa, że musi. Jest tak oczadziały wizją celu, że po drodze gotów jest zabić siebie i innych, czy to po dyżurze, za kierownicą, czy na dyżurze, z przemęczenia (zwierza się, że chodziło mu tylko o to, aby nikt nie umarł w czasie jego dyżuru). Nic się nie liczy. Jest tylko jeden cel: kasa. Tak, kasa. Wielka kasa, którą zarobi, kiedy wreszcie po wielu latach ciężkiej nauki i upokorzeń zrobi specjalizację i będzie mógł się odkuć. Kasa prowadzi takiego człowieka od początku, do końca. Oczywiście, kiedy ma jej już dużo, powszednieje mu i nie robi wrażenia, jak wszystko, ale kiedy jej jeszcze nie ma tyle, ile by chciał, działa jak narkotyk.
Cała ta patologia jest wynikiem feudalnego systemu w świecie lekarzy oraz ukształtowanego w społeczeństwie obrazu lekarza-bogacza. Kandydat do zwodu ma to wdrukowane w mózg i nawet gdyby nie chciał, to musi rwać szmal, bo inaczej sam siebie uzna za chorego albo za nieudacznika. Zaczyna więc zaraz po studiach.
W innych zawodach na początku też się zarabia grosze, znacznie mniejsze niż 3800 zł. Za takie pieniądze, i za mniejsze, wielu wykształconych ludzi pracuje do końca życia. Nikogo nie cieszy, że na początku zarabia mało, ale jest to uznawane za normalne. Tylko lekarz uważa, że potrzebuje 10 tysięcy na miesiąc, bo inaczej nie może żyć. Nawiasem mówiąc, nie wiem, po co mu tyle kasy, skoro mieszka w szpitalu.

Po co o tym piszę? Nie po to, żeby dyskutować, ile powinien zarabiać lekarz po studiach. Ani nie po to, żeby się spierać, jak bardzo wyjątkowy to zawód i jak odpowiedzialny. Czy odpowiedzialny na 4 tysiące, czy na 8 tysięcy. A może 6725 zł i 20 gr na miesiąc? Nie chodzi też o to, jakie są warunki pracy, jak zbudowana służba zdrowia itd. To wszystko jest ważne i wiem, że nie jest dobre. Chodzi o co innego. O to, co mają w głowach ludzie, którzy tak rozumują. O to, że uważają, że postępują właściwie. Że nie umieją się powściągnąć, że całe ich zawodowe życie, od momentu rozpoczęcia studiów jest nastawione tylko na to, żeby w końcu się nachapać. To jest patologia. Nie to, że chcą żyć dostatnio, bo każdy chce. Nie to, że chcą być bogaci, bo czemu nie? Ale to, że nie widzą już nic innego i w dupie mają otaczającą ich rzeczywistość. To nie jest normalne. I proszę mi nie mówić, że obrażam szlachetnych, dobrych, ofiarnych lekarzy z powołaniem. Tacy też są. Mówię o ogólnej prawidłowości, od której są tylko wyjątki. A może wyjątkowi są bohaterowie reportażu, może to nieliczni dewianci z mózgiem rozmiękczonym żądzą pieniądza i niewyspaniem? Jeśli tak, to po co o nich pisać w stylu, który ma wywołać współczucie? U kogo? U nas??? No cóż. Podobno Piotr Gąsowski musiał sprzedać z biedy swoje porshe. Jeśli to prawda, to też mu współczuję. Jak lekarzom.

środa, 3 maja 2017

O nieomylności boskiej.

Nareszcie skończył się bardzo długi weekend. Ludzie wrócą do pracy i kraj zacznie znowu działać. Nie to, żebym nie lubił wypoczynku. Nie... Gdybym zarabiał trzy razy tyle, ile zarabiam, mógłbym mieć długie weekendy co miesiąc. I pracować cztery dni w tygodniu. Może nabyłbym jakiś domek w Portugalii, żeby tam sobie wpadać raz na miesiąc? Albo żeby chociaż ciepło było. Nie wymagajmy jednak za wiele. Dobry Bóg spuścił na nas święto trzeciego maja, a marksiści pierwszego. Pan Bóg zrobił to bardzo zręcznie, tworząc układ długoweekendowy. Godzi się też zauważyć, że lokując działania konstytucyjne naszych przodków 3 maja, dowiódł swojej nieomylności. Kto inny w 1791 r. wiedziałby, że potem wejdą robotnicy z 1 maja a jeszcze później zapanuje moda na długie weekendy.
Co prawda na usta ciśnie się pytanie, czemu ta akcja z konstetucją tak kijowo skończyła się dla naszego kraju, ale nie bądźmy upierdliwi. Chodziło o długi weekend. Po prostu.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Szkiełko na świat

Coraz częściej myślę, że jestem stary. Tak, wiem, że złośliwi powiedzą: nie masz co myśleć, przecież jesteś. Ale nie chodzi tu o ubytek koloru we włosach, względnie ubytek włosów samych w sobie, ani o zmarszczki, które mężczyznom właściwie nie szkodzą. Nie chodzi także o ilość dioptrii w okularach. Nie chodzi o wzrok, chodzi o spojrzenie na świat. Wydaje mi się on coraz bardziej zgrany, zużyty i wtórny. Jakby wszystko już było, tylko w nieco innych dekoracjach. Przecież to niemożliwe. Każdy dzień przynosi wydarzenia nowe, historia się nie powtarza. Przynajmniej nie dosłownie. Na przykład ludzie oszukują się na wzajem ile wlezie i tak się dzieje od wieków. Jednak metody oszukiwania stale się zmieniają. Sanderus w Krzyżakach oferował kopytko osiołka, na którym Święta Rodzina uciekała przed Herodem, na Dzikim Zachodzie sprzedawano płyn na porost włosów (zresztą to akurat robi się nadal), sprzedaje się pigułki mające cudowną moc powiększania, lokaty w złoto, kredyty we frankach czyli w złotych, poliso-lokaty, otwarte fundusze emerytalne, inteligentne samochody, udające, że wydalają czyste spaliny itd., itp. Czym to się właściwie różni, poza stopniem skomplikowania i wyrafinowania? Niczym. Sedno jest zawsze to samo.
A może coś jednak zmienia się trwale? Niektóre rzeczy odchodzą. Postęp technologiczny odsyła je do lamusa. Kiedyś na odpustach sprzedawano drewniane motyle na kółkach z długim kijkiem. Skrzydła motyli połączone były z kółkami drutami i klapały w czasie jazdy o siebie. Zawsze zastanawiałem się, komu to się może podobać. Mnie podobały się najbardziej korkowce, ostatecznie pukwy. Korkowca jednak rodzice nie chcieli mi kupić, bo korki były bardzo niebezpieczne, łatwo wybuchały. Kolega omal nie stracił wzroku z powodu eksplodującego pudełka korków tuż przed nosem. Inny mój kolega potrafił za to zręcznie obierać korki z otuliny, tak by został sam materiał wybuchowy. Można było potem rzucić takie ziarno komuś pod nogi. Był huk, był fun. Oczywiście dla nas, nie dla tej osoby. Też próbowałem obierania korków. Pierwszy wybuchł mi w rękach. Poparzył kciuk. Była akurat zima i na mrozie bolało niezbyt mocno. Potem bardziej. Więcej nie próbowałem. Może i dobrze. Dlatego teraz korków nie ma. A drewniane motyle?
Pan prezydent Duda wybrał się na odpust do Meksyku do polskiej misji w Tenango del Aire. Ciekawe, czy kupił sobie motyla? Może mu podarowano? O korkowce nie spytam... Korkowców już nie ma, za to jest prezydent, którego nie było w czasie, kiedy korki eksplodowały w palcach. Coś jednak się zmienia. Poza ludźmi.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Właściwe dać rzeczy miano

Nie jestem dobry w botanice, ale drzewa iglaste o liściastych odróżniam. A tu proszę, jakie kwiatki na wiosnę.



Pomyślałem sobie, że kreatywne podejście do rzeczywistości może czynić życie weselszym. Budynek, w którym pracuję, otacza park pełen starych drzew. Na tych drzewach przesiadują ptaki. Krzyczą krraaaaa! są czarne i robią białe, wielkie kupy. Dlaczego by tego miejsca nie nazwać Pod Papugami? Niemen by się nie pogniewał a z pewnych względów byłoby to nawet zabawne.

środa, 22 marca 2017

Mój kochany czas letni...

...nadchodzi.

Przy każdej zmianie czasu z zimowego na letni i odwrotnie czytam, że to bardzo źle, że to nic nie daje i że lepiej by było czasu nie ruszać. Zgadzam się z tym. Lepiej by było, abyśmy mieli cały rok czas LETNI.
Czas zimowy, czyli ten "normalny" odpowiada czasowi słonecznemu na 15 południku długości geograficznej wschodniej. U nas to Zielona Góra. I tylko tam, w zachodniej części kraju czas urzędowy odpowiada słonecznemu. Im dalej na wschód, tym gorzej. A nie są są to różnice bagatelne. W Warszawie różnica czasu słonecznego w stosunku do Zielonej Góry wnosi już 24 minuty. O tyle wcześniej robi się ciemno w Warszawie niż w Zielonej Górze. Polska to spory kraj. Między Cedynią na zachodzie a Białowieżą na wschodzie różnica długości geograficznej wynosi 10 stopni. To 40 minut różnicy w czasie. Kiedy w Białowieży było już ciemno, w Cedyni Mieszko mógł jeszcze spokojnie gromić margrabiego Hodona. Chyba, że uporał się z nim o poranku. Tego nie wiem.
Europa zachodnia sprytnie się urządziła. Przez Francję przechodzi południk zerowy, ale nie mają tam czasu londyńskiego, tylko taki, jak my. W Paryżu jest jasno jeszcze przez godzinę i piętnaście minut po tym, jak w Warszawie zrobi się ciemno. No i proszę, w Warszawie o 19.00 noc, a tam dzień w najlepsze, noc dopiero o 20.15. Czy to nie jest fajne? Czy człowiekowi, który większość dnia spędza w pracy, nie przyda się dodatkowa godzina światła po południu? Dzięki czasowi letniemu możemy mieć choć latem tak dobrze, jak Francuzi zimą. Oczywiście Francuzom mało, więc latem fundują sobie dodatkową godzinę jasnego popołudnia i ustawiają zegarki, jakby mieszkali na Atlantyku. Jeszcze lepsi są Hiszpanie. Oni mieszkają prawie wszyscy na zachód od południka Greenwich, ale czas mają polski. To jest dopiero myk. Madryt ma 1 godzinę 38 minut przewagi nad Warszawą w korzystaniu z popołudniowego słońca. Najlepiej mają mieszkańcy Santiago de Compostela. Po pierwsze mają świętego Jakuba Większego, a po drugie aż dwie godziny więcej popołudnia niż warszawiacy. I w takich okolicznościach przyrody mielibyśmy pozbawić się nawet tej godziny światła słonecznego przez raptem pół roku?

piątek, 10 marca 2017

Niesmak i smutek

Wiem, że o dyplomatycznym wyczynie naszego rządu wszyscy nieomal teraz piszą i dyskutują. Przeto długo pisał nie będę. Napiszę tylko, że dzień wczorajszy będzie chyba dniem przełomowym w historii najnowszej naszego kraju. Przełomowym w sprawach naszej przynależności do europejskiej wspólnoty państw. Jeśli do wczoraj jeszcze ktoś miał wątpliwości, czy Polacy mają normalny rząd, czy nie, to już ich teraz nie ma. Zawziętość Jarosława w jego nienawiści do Donalda nie ma granic. Myślę, że gotów byłby poświęcić wszystko, byle go dopaść. Cena nie gra roli, wizerunek własny nie ma znaczenia. Można zrobić z siebie idiotę, idiotkę z premierzycy rządu, pajaca z Jacka dwojga niesławnych już nazwisk, byle tylko uzyskać złudzenie, że się znienawidzonego wroga ukąsi w kostkę. Kompromitację udało się osiągnąć, ale do kostki Donalda doskoczyć się nie udało.
No i cóż na to można powiedzieć? Żal dupę ściska.

piątek, 3 marca 2017

O myszach i fajach

Jestem wkurzony i muszę się wypisać. Dlatego będzie dziś o pierdołach. To zresztą nic specjalnego, bo przecież większość notek blogowych to notki o pierdołach i całe szczęście. Notki, które mają pretensje do bycia poważnymi i głębokimi, zazwyczaj są nudne a czasem wręcz beznadziejne. Trudno jest pisać poważnie i jednocześnie nie narazić się na śmieszność. Zatem - o myszach.
O jednej myszy. Wczoraj media doniosły, że samolot British Airways nie mógł wystartować, bo na pokładzie odkryto obecność myszy. Jednej. Mysz sparaliżowała ogromny samolot. Uziemiła go. Z myszą nie sposób było lecieć. No patrzcie państwo. Ciekawe, co by się stało, gdyby obecność myszy wykryto w czasie lotu? Czy samolot zdołałby wylądować awaryjnie na Wyspach Hula-Gula, czy spadłby do oceanu? Samolotem można przewieźć goryla, nawet słonia, ale myszy nie. Mysz biegająca wolno jest groźniejsza od nosorożca. Mysz spowodowała 4 godziny opóźnienia i 250 milionów czegoś tam straty. Wydaje mi się nieco dużo jak na jeden samolot, nawet spory. Ale co ja tam wiem. Zastanawia mnie natomiast, jak kwestia myszy została rozwiązana? Jeśli mysz została schwytana lub ubita, to nie mam więcej pytań, ale to nie takie pewne. Samolot jest cholernie duży w porównaniu z myszą i ma cholernie dużo ciasnych zakamarków, zaś mysz w sytuacji zagrożenia włazi w każdą dziurę, byle ocalić skórkę. Bywa, że zamiast ocalić, straci głowę jak jedna mysz z czasów mojej młodości. Mieszkałem wtedy w blaszanym kontenerze, który w podłodze miał otwory średnicy dwunastu milimetrów. Mysz buszowała pod podłogą i w pewnym momencie wystawiła łepek przez taki otwór. Błąd. Wielki błąd. Łepek przeszedł przez otwór do przodu, ale cofnąć się już nie dał... Pytanie, czy pasażerski boeing ma otwory w blasze o średnicy 12 mm? I co, jeśli mysz się nie znalazła? Uznano, że uciekła? A może poprzegryzała kable? Czy nie należałoby rozebrać samolotu na czynniki pierwsze w celu uzyskania pewności, co do jego stanu po odmyszeniu? Na te pytania media nie dały odpowiedzi. Na wszelki wypadek będę ostrożny z wybieraniem samolotów British Airways.

I jeszcze o fajach. Sprawa pomyłki w czasie wręczania Oscarów na pewno każdemu jest znana, bo przecież to arcyważna wiadomość. Przez kilka dni o tym mówiono. Z Teleexpressu dowiedziałem się, że błędną wiadomość o zdobyciu Oscara za najlepszy film odczytała pani Faje Danałej. Był to jeden z weselszych newsów tego dnia. Jak dotąd nie słyszałem, żeby Faye Dunaway nazywać Fajami. Podoba mi się. To tak wdzięcznie brzmi. Nie ma co się dziwić, dziennikarze coraz młodsi a Faye coraz starsza. Kiedy grała w filmach ich jeszcze nie było na świecie.

No to bulba!
(zagadka: kto tak mówił?)

poniedziałek, 27 lutego 2017

Refleksja lingwistyczna

W jednym ze sklepów jedno z moich oczu dostrzegło jedną z kolorowych gazet z aktorką serialową Joanną Kulig na okładce. Nie zwróciłaby mojej uwagi pani Kulig, gdyby nie jej wyznanie:

MIŁOŚĆ NAPĘDZA MNIE TOTALNIE.

Chyba staję się człowiekiem starej daty, gdyż znalazłem się z lekka skonfundowanym. Ze słowem totalny zetknąłem się po raz pierwszy w czasach dzieciństwa, w ustroju słusznie minionym. Usłyszałem je w filmie o II wojnie światowej. Chodziło o to, że Adolf  Hitler, zmierzając już do klęski, zdecydował się prowadzić wojnę totalną, czyli nieludzką i zbrodniczą w swym modelu zniszczenia wszystkiego. Kiedy wspomniany ustrój przeminął, dowiedziałem się, że był systemem totalitarnym, kontrolującym wszystkich i wszytko, czyli wstrętnym. A tu proszę, okazuje się, że może być coś totalnie pozytywnego. Cóż, może powinienem być potwornie zachwycony?

Na zakończenie  Urszula w totalnym śliniaczku, totalnej choreografii  w piosence Totalna hipnoza. Z czasów ustroju totalitarnego, oczywiście. Dżizas, jaki ja wtedy byłem zniewolony...






piątek, 24 lutego 2017

Niecik i wszystko jasne

O panu Nieciku usłyszałem pierwszy raz kilka lat temu w programie Kuby Wojewódzkiego, który pana Niecika do telewizji ściągnął, żeby pokazać człowieka sukcesu i okazać należny szacunek osobie kasującej konkretne sumy za występy na imprezach disco polo, o czym za chwilę. Potem o Tomaszu Nieciku nie słyszałem, bo nie bywam tam, gdzie on śpiewa. Niedawno usłyszałem o nim po raz drugi, tym razem w radiu. Pan Niecik ma się dobrze. Dlaczego?


Otóż artysta estradowy Niecik ma, moim zdaniem, bardzo zdrowe podejście do życia. Jest wesoły i pozytywnie nastawiony. Nie przekombinowuje i nie rozkminia. Po prostu pisze dobre teksty do prostej muzyki i to działa. Zabłysnął hiciorem, który chyba każdy zna:

Cztery osiemnastki tylko w moim samochodzie,
to jest teraz trendy, to jest teraz w modzie.
Cztery osiemnastki tylko w mojej furze,
lubią być na dole, kiedy ja na górze.

Jak mówi, kiedy wymyślił pierwsza linijkę, chodziło mu o felgi osiemnastocalowe, ale reakcja znajomych uświadomiła mu, że tekst jest uroczo dwuznaczny, więc poszedł tym tropem. No i co? No i sukces.
Niecik nie  ma ma problemów z rymowaniem. Jest spoko. Aczkolwiek miał też taką osobę, z którą trochę posiedział. Był to prozaik-poeta, jak mówi Niecik. Niestety nazwiska nie podał. Trochę poukładał panu Niecikowi w głowie i odtąd nasz artysta już wie, jak to się robi. Na przykład przychodzi mu do głowy fraza mocna artyleria. Co dalej? To proste: nadchodzi kawaleria. I już mamy piosenkę.
W chwilach przypływu uczuć lokalnopatriotycznych powstają utwory bardziej wyrafinowane, jak ten o Grajewie, Adamie i Ewie.

To było pierwsze, wcale nie drzewo,
wyjął instrument i krzyknął: graj, Ewo!
(...)
Niech cały ten świat poczuje, gdzie jest polski raj,
graj, Ewo, graj!

O czym są utwory Szubi-dubi oraz Tutti-frutti Niecik nie zdradził. Myślę, że są gdzieś na Youtube.
Dlaczego Tomasz Niecik jest discopolowcem? Powiedział otwartym tekstem. Dlatego, że kiedy wydał swoją pierwszą płytę, zaczął być zapraszany na koncerty i w jeden wieczór zarabiał tyle, ile przez dwa miesiące w pracy. Do tego fanki gorące, napalone na artystę (tak mówi). W tygodniu zaś można sobie siedzieć w domu, robić różne rzecz, chodzić na siłownię. Nie fajnie? Fajnie. Piętnaście koła za koncert. Piękny dom, mieszkania na wynajem, samochody i gołębie. Gołębie!
Nic dziwnego, że niejeden artysta, który gra już dwadzieścia lat i dostaje 1000 zł za koncert, miał gulę, kiedy usłyszał, ile kosi Niecik. Niejednemu mało aorta nie wypadła. Tak mówi Niecik.

Zastanawia mnie, jak to się Niecikowi udaje, pomimo że jest jedynym piosenkarzem disco polo, który ma studia. Studiowanie to bardzo niebezpieczna rzecz. Człowiek zbyt wysoko szkołowany za dużo myśli i do tego w sposób nadmiernie poplątany. A jak pisze teksty, to mętne, bo ambitne. Inteligent ma tendencje do przejmowania się całym światem, chce mu dać jakieś przesłanie. To wszystko zawracanie głowy. Tymczasem Niecik nie dał się zepsuć w szkole. Jak sam mówi studia, oczywiście, że mi sięprzydały, bo... no... i ta inteligencja, którą nabyłem, na pewno gdzieś spożytkowałem. Zapewne. Zacytuję pana Niecika jeszcze raz: Musiałem bardzo długo pracować, myśleć, poskładać te wszystkie teksty, te melodie, bo to nie jest takie hop-siup. Gdyby ktoś ośmielił się sugerować, że Tomasz Niecik kupił dyplom magistra, to niech wie, że nie. Kiedy studiował, nie miał jeszcze pieniędzy. Tak mówi.

Tomasz Niecik będzie grał tak długo, jak długo będzie istniało disco polo. I chociaż robi to dla kasy, sam określa się mianem muzyka komercyjnego, to nie dajmy się do końca zwieść temu pozornie cynicznemu przekazowi. Jest w dziele piosenkarza element misyjny. Artysta musi grać, bo gdyby nagle zniknęli z rynku Boys, Zenek Martyniuk, Weekend no i Niecik, fani byliby, cytuję: zniesmaczeni. A zatem, drogi Tomku - musisz!

Biorąc przykład z Niecika powiem na koniec otwartym tekstem i wprost. Zazdroszczę mu. Facet ma bardzo zdrowe podejście do życia. A w konsekwencji żyje mu się i przyjemnie, i bogato. W dodatku daje radość tysiącom ludzi. On wie, gdzie jest środek świata. Do tego ma w sobie autentyczny optymizm. Niecik mówi, że jeszcze ze dwa takie hity jak Ona tańczy dla mnie i Jesteś szalona, a polubią disco polo także ci, którzy ciągle go nie lubią. Sorry, ale ja już jestem stracony dla tej sprawy. Jestem gotów polubić disco polo tylko pod warunkiem, że muzyka się zmieni. Ale Niecika lubię już. I tak mi zostanie.

Oddalam się podśpiewując:
Johny Bravo zalicza w mieście wszystkie puby,
bo to właśnie on - pies na baby.

Informacje pochodzą z reportażu radiowego Izy Serafin-Kozłowskiej.


środa, 15 lutego 2017

O potencjalnym pożytku z Walentynek

Wczoraj reżimowa TV pokazała parę, która wzięła ślub w Walentynki. Nie pierwszej już młodości panna młoda (ale jeszcze przed czterdziestką) powiedziała do mikrofonu, dlaczego tak cudownie jest wziąć ślub 14 lutego. Nie pamiętam co powiedziała, ale nie zgadzam się z nią. Najlepiej byłoby wziąć ślub 29 lutego. Niemniej czternasty też jest dobry. Jaka jest zaleta tej daty? Założę się, że czytelniczki nie potrafią udzielić właściwej odpowiedzi. Już mówię. Zaleta 14 lutego jest taka, że przypomną człowiekowi o tej dacie w radiu, telewizji i internecie, dzięki czemu mózg mężczyzny stymulowany słowami o miłości i obrazami czerwonych serduszek ma szansę zareagować przypomnieniem sobie o rocznicy ślubu. W ten sposób facet uniknie wtopy, polegającej na zapomnieniu o rocznicy. Zapomnienie takie, jak powszechnie wiadomo, grozi śmiercią lub kalectwem. A przecież jak już zginąć, to lepiej w czerwonym ferrari, a nie od ciosu wałkiem w skroń. Zatem, jak się żenić, to najlepiej 14 lutego, c.n.d.

Spostrzeżenie.
Na zdjęciu ślubnym moich rodziców mój ojciec jest cienki jak patyczek. Nawet mój dziadek, w późnym wieku właściciel pokaźnego brzucha, za młodu był szczupły. Ja w wieku lat 20+ wyglądałem jak chłopiec i takiej też byłem postury. Podobnie moi koledzy z tamtych czasów. Teraz panny młode wyglądają jak Adele, a panowie młodzi jak Misiewicze. Co to jest? Amerykański koszmar?

poniedziałek, 6 lutego 2017

Będąc zblazowanym, ...

...jednakowoż nie milionerem, podzielę się z Wami garścią spostrzeżeń nieistotnych. Jak to w lutym. Luty bowiem jest takim miesiącem, w którym zima zwykle jeszcze trzyma, gorączka przygotowań przedświątecznych oraz biegunka pt. "chcę to załatwić jeszcze w tym roku" należy już do odległej przeszłości, pąki nie rozkwitły, a więc panuje stan oczekiwania końca i wyczekiwania początku. Gdyby było ciepło, rosłyby ogórki.

Po pierwsze, pan Piotr Łobodziński wbiegł po schodach na Empire State Building, zostawiając rywali w pobitym polu. Takie zawody. No brawo, tylko po co? Wiem. Pytanie retoryczne.  George Mallory na pytanie, po co zdobywa się Mount Everest, odpowiedział: ponieważ istnieje. A więc dla sławy. Dla pieniędzy nie, bo nagród pieniężnych organizatorzy nie przewidzieli. Przypomniało mi to innego Polaka, nazwiskiem Chomontek, który zdobył szacunek świata podbijając piłkę, w tym także głową. Po wyczynie Łobodzińskiego szacunek Amerykanów do nas niewątpliwie przewyższy Empire State Building.
Na marginesie. Przeglądając stronę z cytatami dotyczącymi wspinania się na góry, natrafiłem na sentencję  osoby nazywającej się Marko Prezelj (dobrze, że piszę, a nie mówię). Marko stwierdził, że, cytuję, sława jest kurwą. Hm... nie bardzo rozumiem, może jednak pan Łobodziński powinien zapoznać się z tą jakże głęboką myślą.
Po drugie, Anna Mucha pokazała światu, jaka jest w łóżku. Że nie chodzi o seks, to każdy głupi wie, gdyż to byłaby sensacja, a doświadczenie uczy, że sensacyjne tytuły internetowych sensacyjek zawsze oznaczają brak sensacji. Jaka jest Anna Mucha w łóżku, nie będę opisywał, nie będę linkował zdjęcia z rzeczoną Anną Muchą, gdyż nie każdy chce oglądać Annę Muchę bez kilograma tynku na twarzy, a Anna strzeliła sobie selfie po zmyciu makijażu, niestety, leżąc w łóżku właśnie. Dodała szum pikselowy, ale za mało.
Po trzecie, wysłuchałem wczoraj fragmentu Pieśni o Rolandzie, wykonanego po francusku przy akompaniamencie średniowiecznych gęśli, chyba z jedną struną. Były to jedne z najdłuższych sześciu minut w moim życiu.

Na zakończenie dorzucę jeszcze jeden cytat ze wzmiankowanej strony dla prawdziwych mężczyzn, czyli górołazów. "Himalaje w lecie są dla bab" (Andrzej Zawada).  No pewnie. Leży taki jeden przy drodze na Mount Everest i wprowadza w zakłopotanie wspinaczy swoimi zielonymi butami. Widocznie nie wiedział, że akurat było lato, polazł nie w swoim terminie i zamarzł na kość.
Coś mi się zdaje, że jeszcze wrócę do tej strony z cytatami :) 

piątek, 27 stycznia 2017

Jedno oko na Maroko, drugie na Zanzibar

Dziś z racji weekendu temat nieważny, choć nie powiem, że lekki, że łatwy i chyba nie taki przyjemny, ale niestrudzony badacz otaczającej coraz bardziej, jak mówią niektórzy, rzeczywistości nie cofa się przed żadnym wyzwaniem. W szczególności nie waha się zająć tym, na czym się nie zna. Należy to do dobrej tradycji synów narodu polskiego. Zatem: voila!
Trafiłem przypadkiem na filmik, który tak mnie ogłuszył, że obejrzałem ciurkiem jedną trzecią od początku do końca (jednej trzeciej).  Końcówkę też. Środek pominąłem. Początek nie robi wrażenia, ot, jakieś wymalowane oko, ale w dziesiątej sekundzie pojawia się twarz. I jest jak u Hitchcocka, trzęsienie ziemi a potem napięcie rośnie. W pierwszej chwili po ukazaniu się twarzy pani Adrianny myślałem, że to Gwiezdne Wojny z czasów mojego dzieciństwa i wrócił starty dobry android C-3PO.


Ale nie. Ruszające się usta i mrugające oczy wskazywały, że to nie może być C-3PO. To warstwa tynku unieruchomiła większość twarzy. Nie wiem, czy pani Adrianna posiada własne usta, bo te namalowane nie pozwalają dostrzec, co jest pod farbą, folią, gumą, szminką, czy czego tam się używa do zrobienia sztucznych ust zamiast własnych. Filmik poświęcony jest makijażowi ócz, więc o ustach nic nie wiadomo. Szkoda.
Nie umiem zgadnąć, dlaczego jedno oko pani Adriana uznała za pomalowanie dobrze, a drugie źle. Jak dla mnie obie brwi wyglądają strasznie a oczy... dramatycznie. O sztucznych rzęsach się nie wypowiadam. Nie wiem też nic o numerach pigmentów, pędzlach o kredkach. Zastanawia mnie natomiast, jak się czuje człowiek, mając na twarzy tyle materiałów budowlanych i czy w czasie rozmowy z kimś tak zrobionym można się skupić na tym, o czym się mówi. No i jeszcze, czy tak można się malować na randkę. No bo co, gdyby ktoś chciał dotknąć takiej kreacji? Ponieważ tego bloga od pewnego czasu czytają tylko kobiety, pozwolę sobie zapytać: też tak robicie?



poniedziałek, 23 stycznia 2017

Nadchodzi kanał

Prasa, do czytania której ludzie wytworni się nie przyznają, donosi, że prezes Kaczyński polecił uchwalić ustawę, umożliwiającą wykopanie kanału przez Mierzeję Wiślaną. Zamysł wchodzi więc w fazę bliską realizacji. Dzięki kanałowi będą mogły do portu w Elblągu wpływać małe statki, bez konieczności pokonywania akwenu kontrolowanego przez Rosjan. Oponenci krzyczą, że to absurd, bo nie mają po co te statki tam płynąć, za to środowisko naturalne ucierpi, może nawet dojdzie do katastrofy ekologicznej z powodu przedziurawienia mierzei i wymieszania się wód, kiedy jedne wody odejdą a inne przyjdą. A niech sobie krzyczą. Kanał musi powstać. Już mówię, dlaczego.
W 1873 roku kanclerz Niemiec Otto von Bismarck wystąpił z planem wykopania kanału przez Półwysep Jutlandzki, łączącego Morze Północne z Bałtykiem. Po kilkunastu latach kanał był gotów i istnieje do dziś, znany jako Kanał Kiloński. W latach trzydziestych XX wieku radziecki dyktator Józef Stalin nakazał zbudować Kanał Białomorski, między Bałtykiem a Morzem Białym. Kanał zbudowano w rekordowo krótkim czasie, poświęcając życie kilkudziesięciu tysięcy ludzi. Bismarck był politykiem wielkiego formatu, Stalin trząsł połową świata, toteż ich kanały liczą po kilkaset kilometrów długości. Prezes Kaczyński trząść może tylko Polską. Dlatego jego kanalik będzie skromniutki, w porównaniu z przywołanymi dziełami inżynierii wodnej i inżynierii dusz. Zawsze to jednak coś. Donald Tusk nie zbudował nawet stawu rybnego. W błędzie są ci, którzy myślą, że kanał przez Mierzeję Wiślaną jest niepotrzebny. Uważam, że bardzo się przyda, kiedy skończy się zima i temat smogu stanie się niemodny. Kanał świetnie się sprawdzi jako pożywka dla opozycji, umożliwiająca krytykowanie rządu i jako miejsce do kręcenia przez telewizję publiczną reportaży pokazujących rządowy sukces. A ludzie będą to mieli w dupie. Czego chcieć więcej?

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Teatr, jak widzę, mamy ogromny

Nie od dziś wiadomo, że najważniejsze jest właściwe spojrzenie. Ta jak na szklankę napełnioną do połowy.
Wczoraj w godzinach popołudniowych dowiedziałem się z telewizji przemienionej w dobrą telewizję, że Teatr Wielki w Warszawie ma największą scenę w Europie. Miałby największą na świecie, ale wyprzedzają nas Chińczycy. Scena naszego Teatru Wielkiego jest tak wielka, że odległość od pierwszego rzędu widowni do końca sceny wynosi 63 metry. Aż 63 metry! Doprawdy, szkoda, że nie jest jeszcze większa, bo wtedy można by przyłożyć do niej ulubioną miarę telewizyjną, czyli boisko piłkarskie. W telewizji chętnie mierzą duże rzeczy boiskami piłkarskimi. Zawsze mnie to dziwi, ale pewnie niesłusznie. Widocznie ludzie nie wiedzą, ile to jest sto metrów, albo pięćdziesiąt. Przecież nikt nigdy nie jechał drogą i nie widział słupków hektometrowych... Ale wracajmy do teatru.
Dowiedziałem się jeszcze, że nasz teatr operowy powstał dwieście lat po włoskich. No cóż, może i tak, ale za to scenę ma taką, że klękajcie narody. Taką wielką, a właściwie taką głęboką. Scenę z głębią. Krótko mówiąc La Scala ze swoją skalą może się schować! Myślę, że wszystkie przedstawienia w operze naszej umiłowanej powinny odbywać się bez dekoracji, ażeby było widać otchłanną głębię sceny i żeby ta głębia widzów i słuchaczy w jednych osobach porażała. Głębia eurorekordowa. W głębię można by kierować światła jupiterów ażeby w niej utonęły. To by robiło wrażenie! Jontek w Halce (nie w halce!) mógłby wołać de profundis: Oj, Halino, oj, jedyno... zupełnie niewidzialny dla publiczności, a potem wyłaniać się dramatycznie, na przykład na rowerze, bo daleko. Wielki teatr, wielka scena, wielkie możliwości. A gdyby się okazało, że i to nie wystarcza, można przebić ścianę za sceną, zrobić dobudówkę i pobić Chińczyków na łeb, na szyję, a co! W stolarni zrobią wszystko, nawet Dawida dłuta Michała Anioła (telewizja pokazała). Jeśli się postarają, to i Koloseum machną, i termy Karakalli za jednym zamachem. Wstawi się to wszystko na scenę i nie ośmieli się Carreras pluć nam w twarz. A niechby się ośmielił, to z zapadni na scenie wypuści się husarię i inaczej pogadamy!

wtorek, 10 stycznia 2017

Bo mam duszę słowiańską

Zgadało się w komentarzach pod poprzednią notką o rosyjskich piosenkach. Bo (to nie spójnik tylko nick) zaśpiewała, Kalina zauważyła celnie, że rosyjski idealnie nadaje się do użytku jako język piosenek i bajek. O, tak! Bardzo tak!
Dawno, dawno temu, tak dawno, jak to tylko w bajkach bywa, budowałem gramofon. Proces tworzenia jest wymagający. Między innymi trzeba testować działanie urządzenia. Do tego celu wybrałem płytę z rosyjskimi piosenkami, którą kupiłem jeszcze dawniej niż dawno, dawno temu, już nie pamiętam dlaczego, ale chyba ze względu na znaną pieśń o losach brodiagi, co wędrował po dzikich stepach zabajkala, sud'bu proklinaja. Zdaje się, że melodia wpadła mi w ucho a do tego to śmieszne słowo brodiaga... Reszta piosenek mnie nie interesowała. Uznałem, że ta płyta jest niewiele warta i jak się uszkodzi, nie będzie mi żal. Puszczałem płytę i puszczałem wielokrotnie, sprawdzając prędkość talerza, działanie ramienia, hałasy silniczka. Muzyka i słowa przebijały się do mojej głowy niezauważalnie ale skutecznie. I tak powoli odkryłem piękno piosenek, wspaniałą melodię języka, jego doskonałe współbrzmienie z muzyką. Do tego coś takiego, czego nie umiem dokładnie nazwać - smutek duszy, ale nie rozpacz, ból, ale bez martyrologii, życie w opowieściach długich i krótkich, poważnych albo lekkich. Te piosenki zawsze są o duszy. Może dlatego tak do mnie trafiają, bo jestem Słowianinem, a może są po prostu dobre. Mało słów, dużo treści:

Mileńki mój, weź mnie z sobą.
Tam, w dalekim kraju, będę ci żoną.
Mileńka moja, wziąłbym  ja ciebie
Ale tam, w kraju dalekim mam już żonę.

Mileńki mój, weź mnie z sobą.
Tam, w dalekim kraju będę ci siostrą.
Mileńka moja, wziąłbym  ja ciebie
Ale tam, w kraju dalekim mam już siostrę.

Mileńki mój, weź mnie z sobą.
Tam, w dalekim kraju będę ci obcą.
Mileńka moja, wziąłbym  ja ciebie
Ale tam, w kraju dalekim obca mi niepotrzebna.

Najlepiej zapamiętałem piosenkę o żołnierzu, który przyjechał do domu na pierwszy urlop po dwudziestu latach służby. Dla mnie wspaniała rzecz. I wyciskacz łez. Wielka rzecz. Kto ma cierpliwość, lubi tego typu muzykę i uczył się kiedykolwiek rosyjskiego, niech się wsłucha w słowa. W melodię wsłuchiwać się nie trzeba, sama trafi. Piosenka z tej mojej starej płyty Żanny Biczewskiej. Polecam i zachęcam. Może to już nawet hipsterstwo ludzi średniowiecza (czyli po czterdziestce) :)



środa, 4 stycznia 2017

Jaki będzie?

Na przełomie starego i nowego roku zwykle pojawiają się rozważania, jaki był mijający rok i jaki będzie przyszły. Przewidywanie przyszłości jest miłym zajęciem, chociaż dość niewdzięcznym, bo mało kto po roku może sobie pogratulować, że dobrze przewidywał, nie mówiąc już o przewidywaniach na kilka lat do przodu. Zresztą, nawet jak się przewiduje prawidłowo, to i  tak może być nie fajnie, gdy prognoza się sprawdza. Bo co, jeśli przewidujemy, bezrobocie, hiperinflację, gradobicie, zapaść w budownictwie itp.?  Co innego, kiedy analizujemy wydarzenia już zaistniałe. Wtedy jest lepiej. Wtedy prawie każdy stwierdza, że tak musiało być i było oczywiste, że tak będzie i on to wiedział. Łatwo wytłumaczyć, dlaczego doszło do spadków na giełdzie. Ciekawe, czemu nie było tak samo łatwo przewidzieć, że nastąpią, tydzień wcześniej?

Jaki będzie rok 2017?
Żywię cichą nadzieję, bardzo cichą, że będzie to rok nudny. Nie wierzę w to, ale nadzieję wolno mieć, prawda? Taki absolutnie nudny rok, bez ważnych wydarzeń, bez nowych wojen, bez dobrych zmian i rewelacyjnych planów. Taki rok, w którym nie miałbym co czytać na stronach z wiadomościami tak dalece, że aż zacząłbym czytać newsy takie jak te:

Czekolinda, królowa seksu zatrzymana w krzakach. Policjant ujawnia...
Sutek Edyty Herbuś to nic...

To byłby piękny rok.