środa, 13 września 2017

Angela Merkel nie przyjechała

Było tak.
Goście zaczęli się zjeżdżać prawie jednocześnie. Pierwszych kilku przyjechało jeden po drugim. Sytuacja była napięta. Oni niby wyluzowani, ja niby też, ale wszyscy wiedzieliśmy, że to tylko pozory. Nie wysiedli z aut. Ustawili się tak jak w kinie dla zmotoryzowanych i wyglądało na to, że będą ze mną rozmawiać, nie ruszając się ze swoich ruchomych kawałków terytorium. O nie, pomyślałem, tak nie może być. Człowiek na swoich pozycjach czuje się pewniej. Należy go z tych pozycji wyciągnąć, pozostawić bez barier ochronnych. Zarządziłem więc wystawienie rozkładanych krzeseł, takich jakie się ustawia dla gości w czasie recytowania na placu wierszy o żołnierzach wyklętych. Usiedli. No, nie jest źle, jakoś daję radę. Potem, niestety było już tylko gorzej. Przyjechał Helmut Kohl, lekko spóźniony, ale tylko tyle, żeby zaznaczyć swoje pierwszeństwo wśród (formalnie) równych. Nie pytajcie mnie, dlaczego Helmut, a nie Angela Merkel. Tak wyszło. Kohl znacznie schudł i miał rumiane policzki, z takimi rumieńcami, jakie miewał mój dziadek po ćwiartce wódki, albo mój kolega Tadeusz W., chwilowy burmistrz pewnego miłego miasteczka. Chwilowy, bo jako człowiek bezkompromisowy i dumny na drugą kadencję nie miał szans. Tadek również nie stronił od wódki. Mawiał, że od Nowego Roku do Trzech Króli w żyłach ma więcej alkoholu niż krwi. Bo Tadek pobożny jest. I bezkompromisowy. O jego bezkompromisowości świadczy to, jak postąpił w swoim domu z gabinetem dentystycznym własnej, osobistej małżonki. Otóż najpierw zakupił kompletne wyposażenie, a następnie wszytko wywalił, bo, cytuję, nie będzie mu w domu lekami śmierdzieć. Oto człowiek zasad. Nawet cesarz rzymski mawiał, że pieniądz nie cuchnie i nie wzdragał się przed opodatkowaniem bydlęcego moczu używanego w garbarniach, a Tadeusz zrezygnował z oczywistych dochodów dla zasad właśnie. Ja chyba nie mam tak mocnego kręgosłupa. Przypuszczam, że gdybym miał żonę dentystkę, mógłbym się posunąć nawet do gotowania obiadów, choć nie umiem i nie lubię, gdyby ona w tym czasie robiła kasę odpowiednich rozmiarów.  Radziłbym sobie z moją psychiką, mówiąc, że gotowanie obiadów to też praca i tak samo potrzebna oraz zasługująca na szacunek. Nie mam jednak takiej żony, więc nie ma o czym mówić.
Kohl wysiadł z auta, skierował kilka kroków w moją stronę, uśmiechnął się. Wyciągnąłem do niego rękę na powitanie, a on uczynił jakiś nieokreślony gest, coś jakby "dobra jest, stary" i poszedł w kierunku innych gości. Zostałem z wyciągniętą łapą jak idiota. Myślałem, że to już wszyscy, że trzeba będzie zacząć przemawiać, udając, że jest klawo jak cholera. To umiem, spoko. Tym czasem zajechała jeszcze jedna limuzyna. Wysiadło z niej trzech panów. Nie znałem żadnego. Zrobiło mi się zimno i gorąco jednocześnie. Nie dość, że przed momentem dostałem mentalnie w pysk od Kohla, to jeszcze teraz szykowała się wpadka przy powitaniu. Typy z limuzyny najwyraźniej zmierzały prosto do mnie, a ja nie wiedziałem, na widok którego z nich mam się rozpromienić i do którego wystartować z ręką do powitania. Co będzie, jeśli przywitam się z sekretarzem? Dlaczego ja nie znam żadnego z nich, a oni mnie tak? Może dlatego, że stoję na środku i uśmiecham się głupkowato? Może poznali mnie po dupce na brodzie? To mogło im ułatwić zadanie. No i wiedzieli, do kogo jadą, mogli zrobić research w Sieci, a ja? Też mogłem, cholera. Patrzę, jacyś tacy śniadzi jakby. A ja nawet nie wiem jak wygląda Erdogan, niewątpliwie idol mojego szefa. Orbana bym poznał, w końcu bratanek, ale Turka nie kojarzę, może to on? I tak do mnie idą, idą, ten na przedzie przypomina mi coraz bardziej Jasera Arafata, który przecież ciągle nie żyje. Wtedy zrozumiałem, że to sen i obudziłem się. Co za ulga. Rzeczywistość może być jednak lepsza niż sen. Niech to będzie motto na dziś.

7 komentarzy:

  1. Impulsy elektryczne w naszym mózgu podążają niekiedy bardzo krętymi ścieżkami.
    A niekiedy jeszcze bardziej krętymi. ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pocieszasz mnie.Tłumaczę to sobie tak, że mam kręte zwoje mózgowe. To miłe :)

      Usuń
  2. Taak...przypomniała mi się taka scena z Top Secret, gdzie Val Killmer jest batożony przez nazistów i traci przytomność, zapada w sen...i widzi siebie spóźniającego się na końcowy egzamin w liceum, z tego stresu aż się budzi...patrzy dookoła (a naziście nie próźnują) i oddycha z ulgą...ufff, to był tylko sen:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie oglądałem. Przypomniałaś mi za to scenę, w której James Bond siedzi nagusieńki na krześle bez siedziska i... też jest batożony. Na szczęście nie mam takich snów :)

      Usuń
  3. Oj moze, moze, to prawda :)))
    Chociaz osobiscie nie mam na co narzekac ostatnio - snia mi sie przepascie, wielkie, glebokie przepascie, kaniony, w których hula wicher. To dobrze, bo ja uwielbiam przepascie. Znaczy wtedy, jak stoje bezpiecznie na górze oczywiscie.

    A taka zona to tez bym nie pogardzila, i z radoscia nioslabym brzemie gotowania obiadów! (Które teraz tez niose, ale bez radosci)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja nie lubię śnić przepaści. Wtedy się boję. Co innego przepaście prawdziwe. Czuję, co prawda, łaskotanie gdzieś tam, ale podoba mi się.

      Taka żona to skarb. Chyba nie uda się nam takiej znaleźć, ale jakby co, to się podzielimy, prawda? :)

      Usuń
    2. Nie ma sprawy, tydzien u mnie, tydzien u Ciebie - ten tydzien "pomiedzy" przetrzymam na kartoflach i sosie z torebki!

      Usuń