piątek, 30 grudnia 2016

Jak pożegnam rok 2016

Koniec starego roku i początek nowego to czas, w którym ludziom zdarza się podejmować postanowienia noworoczne. He, he... To nie dla mnie. Zupełnie nie odpowiada mi koncepcja, żeby nowy rok zaczynać od przymuszania się do czegokolwiek. Bo trzeba? Bo postanowiłem? Nie. Chyba, żebym chciał, ale wtedy niepotrzebne postanowienia, samo się robi.
Wczoraj zobaczyłem w TV, jak Amerykanie unicestwiają symbolicznie złe rzeczy z mijającego roku. Zamiast obiecywać sobie, jak to pięknie będą żyć, pozbywają się niedobrych wspomnień. Czyż to nie fajne? Można to zrobić niszcząc jakiś przedmiot związany ze złymi przejściami albo pisząc na kartce, o co chodzi i wpuszczając taką kartkę do niszczarki. Piękna koncepcja: zmaterializować i zniszczyć. Taka współczesna odmiana starej jak świat magii. Oczywiście, lepiej byłoby odprawić tańce przy ognisku w rytm bębnów, okadzić się czarodziejskimi dymami, odzwonić dzwoneczkami i ogrzechotać grzechotkami, ale do tego trzeba ciepłego klimatu, odpowiedniego miejsca no i szamana, który wyssałby z człowieka złą krew (symbolicznie!) a zostawił dobrą. Skąd go wziąć? Ksiądz się nie nadaje. Kadzidło, owszem, może zapalić, ale przecież nie będzie chciał. Dzwonków spod ołtarza też na ognisko nie przyniesie. Zatańczy do muzyki bębnów? Mowy nie ma. Duszpasterz poganinowi nie pomoże.
Zostaje papier, flamaster i niszczarka.
Mam ją i nie zawaham się użyć.

Ale żeśmy krajem katolickim, to na koniec kolęda, hej!


poniedziałek, 19 grudnia 2016

Pan Jurek

Kiedy byłem młodym człowiekiem, pan Jurek był już człowiekiem starym. Metrykalnie może nie bardzo jeszcze, ale mentalnie owszem. Więcej, był zgryźliwym tetrykiem, którego wszystko oburzało. Czytał gazetę ze zmarszczonym czołem, fukał, prychał, wykrzykiwał: he! i komentował. Prawie wszystko co przeczytał, świadczyło o czyjejś niegodziwości albo cwaniactwie. Nie ważne, czy czytał jakiś tygodnik czy dziennik. Dziennik Ustaw też go potrafił wkurzyć. Przeczytał kiedyś obwieszczenie odpowiedniego organu o emisji złotych monet z wizerunkiem jakiegoś nieboszczyka. Pokazał mi to i zatrząsł się z oburzenia. Widzi pan! No widzi pan! Widziałem, ale nie rozumiałem, w czym niegodziwość ówczesnej władzy. Pan Jurek wytłumaczył mi. Jego zdaniem władza wyemitowała złote monety po to, żeby sobie wypłacić pensje tymi monetami zgodnie z ich nominałem, a przecież wartość złota w nich zawartego była wielokrotnie większa. Tak. Pan Jurek potrafił wytropić każde zło i zdenerwować się nim.
A ja? Ja nie mam co tropić, bo sukinsyństwo, bezczelność, arogancja otaczają nas jak powietrze. Nie ma się czym podniecać, bo serce by nie wytrzymało. Jeśli czegoś jest dużo, przestaje być ciekawe. Ale nie o tym miałem pisać. Widzę, że dryfuję jak Alcybiades. Miałem napisać nie tyle o swoim oburzeniu, czy wkurzeniu, tylko zdziwieniu przypadkiem Roberta Lewandowskiego.
Zobaczyłem kiedyś dwie książki o Lewandowskim. Dwie różne, dodam, leżące obok siebie w empiku. Dwie na raz o piłkarzu? Wydawało mi się, że to dużo, ha ha :) Sprawdziłem i wyszło mi, że o Lewandowskim napisano: Lewy. Chłopak, który zachwycił, Lewy. Jak został królem, Lewy. Prawdziwa historia Roberta Lewandowskiego, Robert Lewandowski. Nienasycony, Robert Lewandowski. Pogromca Realu. Nie wiem, czy to wszystkie książki, może wyszły już kolejne: Lewandowski. Pogromca Tesco, Lewy. Prawy chłopak, Lewy. Naprawdę prawdziwa historia.
Zdumiewam się tak, jak pan Jurek kiedyś się wkurzał, tym co widzę. Seria książek o piłkarzu, niekończąca się seria internetowych notek o jego żonie, aktualnie w ciąży. Należy się spodziewać, że potem będzie się pisało o ich dziecku, karmieniu piersią, o tym jak Lewy popycha wózek, czy będą mieli drugie, itd.
Chyba starzeję się na potęgę na sposób gorzki, bo nie rozumiem, co jest tak ciekawego w piłkarzu, choćby i bardzo zręcznym, żeby o nim pisać książki. Piłkarz niczego nie tworzy, nic po nim nie zostaje, niczego nie wymyśla, niczego nie zmienia w życiu ludzi. To dostarczyciel rozrywki i nic ponad to. Rozrywki bardzo ulotnej. Gwiazda rocka zostawia po sobie przynajmniej płyty, muzykę, pisarze książki, politycy szkody... A piłkarz? Reklamy ze swoim udziałem. No i miliony, jeśli ich nie przehula. Może w tym jest seks?

wtorek, 13 grudnia 2016

Generał Jaruzelski i pułkownik Kurtz...

... nie żyją. Ale to nic. Dziś 13 grudnia i znów będę musiał oglądać zdjęcie transportera SKOT pod kinem Moskwa z napisem CZAS APOKALIPSY. Znów usłyszę, jakiej zbrodni przeciwko narodowi dopuścili się komuniści, nie dopuszczając do rozpadu państwa. Kolejny raz przypomną ofiary śmiertelne a ci, co przeżyli, czyli przytłaczająca większość, będą wspominać swą przeszłość kombatancką, heroiczną, szlachetną. Najbardziej będą przeżywać ci, którzy wtedy byli dziećmi, albo nie było ich na świecie. Zapewne z wkurzenia, że nie mogą chodzić w glorii bojowników słusznej sprawy, względnie ofiar represji, co kto bardziej woli. Wszystko to znam już do znudzenia, wszystkiego tego mam po uszy. Już mi się nawet nie chce wypowiadać swojego zdania. Całe życie otaczają mnie żywe trupy. Najpierw przegrani powstańcy, więźniowie obozów, potem represjonowani działacze i oficerowie z Katynia a od pewnego czasu ofiary katastrofy smoleńskiej z najnowszym hitem polityki historycznej - żołnierzami wyklętymi, również zabitymi. Znów będą utyskiwać, że winni nie zostali ukarani a skrzywdzonym nie wynagrodzono strat. I ciągle to samo, że chodzi o prawdę, o sprawiedliwość. Prawdy, jak wiadomo, są trzy. Ja je znam, a kto nie zna, ten już nie pozna. Pamiętam stan wojenny bardzo dobrze. Byłbym wdzięczny, gdyby wreszcie przestano mi opowiadać, jaki on był. Dziś świeci słońce.

czwartek, 8 grudnia 2016

Witamy w średniowieczu

Mówią, że podróże kształcą. Zapewne. Czasem jednak podróże sprawiają, że w pojawiają się pytania, na które nie znamy odpowiedzi. I próżno szukać ich w internecie. A przecież wiadomo, że jeśli czegoś nie ma w internecie, to nie ma tego w ogóle. To się potwierdza. Kiedy mam wątpliwości, czy żyję naprawdę, czy tylko mi się zdaje, wpisuję swoje imię i nazwisko w Google i proszę - jestem. Znaczy żyję. Chociaż pewne to nie jest. Tak sobie myślę, po obejrzeniu filmiku Monty Pythona. Jest to historia o facecie zamkniętym w celi śmierci. Właśnie mają go rozstrzelać, ale oto okazuje się, że gość wcale nie siedzi w celi, lecz na leżaku w ogrodzie i śni, że jest w więzieniu. Podchodzi do niego matka. On otwiera oczy, mówi: mama? A więc to był tylko zły sen! A na to mamusia: nie synku, TO JEST SEN. Delikwent budzi się szarpany przez siepacza, który ciągnie go przed pluton egzekucyjny.
No dobrze. Wracajmy do naszych baranów.
Wybrałem się do miasta P. Szedłem ulicą i oto mym oczom ukazał się widok jak na załączonym obrazku. Mieszkańcy miasta P. rozpoznają miejsce od razu, bo to centrum.
Zatrzymałem się i dłuższą chwilę próbowałem zgadnąć, dlaczego to urządzenie postawiono właśnie tu. Przecież zaraz obok stoi latarnia... Co prawda wysoka, więc nieporęczna.
Czy ktoś wie, kiedy nastąpi przecięcie wstęgi i uroczysta inauguracja?
Z czyim udziałem?


niedziela, 4 grudnia 2016

Przebiegłość Fidela

Fidel Castro umarł, ale zanim to zrobił, zastrzegł, aby po jego śmierci nie nadawać ulicom i placom jego imienia ani nie stawiać mu pomników. Podziwiam jego dbałość o swoje życie po śmierci. Oczywiście, gdyby nie jego zakaz, natychmiast po pogrzebie lokalne władze rzuciłyby się na wyprzódki nadawać imię Fidela czemu się tylko da. Obstalowałyby figury i stawiały na co drugim skwerku. Fidel rozmnożyłby się błyskawicznie w brązie i granicie. Zapewne też w plastiku, jak dinozaury, bo przecież brąz jest drogi a każda gmina, nawet najuboższa, chciałby zaświadczyć, że czci wodza rewolucji. 
Byłoby pięknie, ale… co, jeśli ktoś, kiedyś wygłosi referat potępiający kult jednostki? Co, jeśli naród zapragnie gorąco hamburgerów, chipsów Lays, pracy w magazynach Amazonu, kredytów hipotecznych, piramid finansowych, Big Brothera w telewizji i innych słodyczy tzw. normalnego świata? Wtedy pomniki będzie się niszczyć, zmieniać tabliczki z nazwami ulic. Co za sromota, co za gorycz dla duszy spoglądającej na to wszystko z góry, czy od dołu, bez różnicy. To już lepiej nie, niech nie mają nad czym się pastwić, kiedy do władzy dojdą nowi, słuszni patrioci.
Fidel Castro musiał być naprawdę dumnym człowiekiem, skoro będąc dyktatorem, umiał pohamować próżność, której uległo tak wielu innych.

niedziela, 13 listopada 2016

Leonard Cohen

Umarł kilka dni temu, 7 listopada. Ubył kolejny kawałek mojego świata. Na szczęście nie cały. Jego muzyka pozostała. Niemniej smutno. Nawet nie dlatego, że nie napisze już żadnej nowej piosenki. Od dawna nie pisał właściwie piosenek, wygłaszał melorecytacje przy ascetycznym akompaniamencie. Tego nie będzie mi brakować. Będzie mi brakować świadomości, że człowiek, którego głosu słucham, jest gdzieś i może jeszcze go usłyszę na żywo, tak jak zamierzchłych czasach mojej młodości.
Poznałem Cohena z wykonań mojego kolegi. Miał głos i umiał śpiewać, grać na gitarze. Ja nie miałem głosu i nie umiałem grać na gitarze. Z głosem niewiele można było zrobić, ale gitarę kupić było można, owszem. Co też uczyniłem. Kupiłem bardzo starą, małą gitarkę siedmiostrunową, która swym sfatygowaniem i patyną czasu sugerowała, że może grał na niej nawet jakiś Django Reinhardt albo Włodzimierz Wysocki dawnych lat. A przynajmniej rosyjski Cygan, taki co to w radzieckim filmie śmigał z oddziałem rewolucyjnym taczanką po stepie. A potem pił wino, grał Oczi cziornyje i inne rzeczy. Gitarka miała złamany gryf. Nie mogłem więc przekonać się jak brzmi, zanim jej nie naprawiłem. I dobrze, bo brzmiała fatalnie. To był po prostu rzęch, ale co z tego. Najgorsza gitara i najgorszy głos brzmią dobrze w uszach człowieka, który gra i śpiewa dla siebie. Dodajmy do tego przyćmione światło, późną porę i mamy klimat Cohena. Rzeźbiłem wiele dni i wieczorów Zuzannę, Słynny niebieski prochowiec, Kochałem cię dziś rano, Historię Isaaka, Winter Lady, Tonight Will Be Fine i jeszcze trochę innych jego piosenek. Wszystko co byłem wstanie zagrać swoimi nieudolnymi palcami. Zawodziłem te pieśni zapewne jeszcze bardziej ciągliwie i żałośnie niż sam Mistrz, ale to nic, bo, jako się rzekło, swojego głosu zawsze słucha się przyjemnie. Ważne, żeby tego nie nagrywać i nie słuchać siebie z taśmy. Wtedy człowiek doznaje lekkiego zakłopotania... Leonard Cohen też by doznał, a teraz zapewne przewrócił się w trumnie. Nie mogę Mu jednak obiecać, że nie będę męczył jego dawnych, wspaniałych Songs From a Room. Z wyjątkiem Bird on a Wire, bo w tej piosence nawet siebie słuchać nie mogę.
Żyj wiecznie, Leonardzie Cohenie.



środa, 9 listopada 2016

Donald

Świat podnieca się sensacyjnym wynikiem wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Ojej, ojej! Jak to się stało? Ależ dlaczegóż? Za co? Jak to tak? Przecież Hillary Clinton wspierali Jon Bon Jovi i Bruce Sprinsteen! Przecież Donald Trump to głupek i prostak, a Hillary to elegancka dama z eleganckiego świata, posiadająca kwalifikacje, doświadczenie. Przecież ona MIAŁA wygrać.
Hm... Nawet jeśli Donald Trump jest półgłówkiem, co nie jest pewne, nawet jeśli nie ma doświadczenia w świecie wielkiej polityki, co wiadomo, to co z tego? Dlaczego to miałoby przeszkadzać w wyborach prezydenckich? Dlaczego ludzie mieliby głosować na tego, na kogo należy, zdaniem dobrze ustawionych, urządzonych i bogatych, skoro czują się przez tych ustawionych dymani? Szanując proporcje, proponuję przypomnieć sobie jak to było w Polsce, kiedy przegrał sromotnie ten, który miał wygrać z palcem w tyłku. Nie miało znaczenia, że przeciwnik był plastikową, dmuchaną lalą z magnetofonem w środku, powtarzającą na okrągło frazesy. Nie przeszkadzało to, że został wystawiony tylko po to, żeby robić propagandę przed następną rozgrywką. Niespodziewanie okazało się, że jest zapotrzebowanie na kogokolwiek, byle tylko pokazać fucka jedynie słusznej opcji i ta opcja fucka zobaczyła. Czy tak samo było w Ameryce, nie wiem, ale na to wygląda. 
Ciekawe czasy robią się coraz bardziej ciekawe.

poniedziałek, 31 października 2016

Byle do wiosny

Z głębokim smutkiem pożegnałem w niedzielę czas letni. Od wczoraj jest kijowo i tak będzie do Trzech Króli, kiedy to zacznie być widoczne, że dnia przybywa. Bardzo ubolewam nad tym, że czas letni nie obowiązuje cały rok. Nie powinno być zmiany czasu. Czas letni powinien stać się czasem całorocznym. Niektórzy tak mają. Na przykład Hiszpanie. Nawet jeśli mają czas zimowy, to i tak słońce zachodzi u nich prawie dwie godziny później, niż u nas. To niesprawiedliwe. Żądam dłuższego popołudnia!
To wszystko.

czwartek, 27 października 2016

Po namyśle stwierdzam, że...

...chciałbym być Amerykaninem.

Być Amerykaninem, właśnie tak. Nie mieszkać w Ameryce, nie pojechać tam, pracować. Nie chciałbym być imigrantem w USA, tylko być Amerykaninem rodowitym, bez polskich korzeni. Dlaczego tak? Dlatego, żeby mieć to, co wydaje mi się w Amerykanach najcenniejsze - ich mentalność. Mam na myśli takich Amerykanów, jakich znam z filmu. Prawdziwych nie znam, nie wiem, jacy są. Myślę, że przynajmniej podobni do tych filmowych. Filmowy Amerykanin ma to szczęście, że choćby szło mu źle i czuł się podle, wystarczy, że przypomni sobie, że mieszka w Ameryce, a z miejsca robi mu się lepiej. Przecież urodził się w kraju, gdzie wszystko jest największe i najlepsze. Przecież cały świat mu zazdrości. Do Meksyku czy Kanady jedzie jak do siebie i nie ma takiego kraju na świecie, gdzie by ludzie nie wiedzieli, gdzie leży Ameryka. Leży w pępku świata.

Tak sobie pomyślałem w trakcie oglądania serialu Better Call Saul. Bardzo dobrego zresztą. Główny bohater jest prawnikiem, lecz nie typowym. Marnie idzie mu kariera, nie jest bogaty, nie ma widoków na osiągnięcie wysokiej pozycji i dochodów, ale... jest Amerykaninem. Przeto nie frustruje się, nie rozpamiętuje, jaka niesprawiedliwość go spotyka, tylko działa. Wkurza się, to jasne, wkurzenie nie przeszkadza mu jednak w pracy. To nic, że na biuro podnajmuje kanciapę bez okien na zapleczu gabinetu pedicure, że cienkim głosem udaje przez telefon swoją sekretarkę, której nie ma. Energia w nim kipi. On jeszcze pokaże, on da radę, bo musi się dać. Nie ma takiej opcji, żeby się nie dało. Jest przy tym dobrym człowiekiem, chociaż był oszustem. Dalej nim bywa. Trochę. Czasem coś nagnie, trochę zakombinuje, coś podbarwi, ale, uwaga! nie jest świnią. Nie robi ludziom krzywdy. Zupełnie odwrotnie, niż jego brat, który przestrzega prawa i zasad, ale jest sukinsynem.
Filmowy Amerykanin jest patriotą. Z tym, że patriotyzm u niego znaczy to, że lubi swoją flagę i swój kraj. Gdyby coś jego krajowi zagrażało, to on wyśle to coś do diabła przy pomocy bomb, rakiet i karabinów maszynowych. Nie zamierza przy tym ginąć, bynajmniej. Wojna jest od tego, żeby ginął wróg. A potem Amerykanin wróci do Ameryki żyć w najlepszym miejscu do życia. Będzie pił piwo prosto z butelki i słuchał muzyki country w miejscowej knajpie, jeśli to wieś, albo jazzu, jeśli to miasto. I będzie happy. Nie będzie słuchał pieśni powstańczych, bo w Ameryce nie było powstań. Nie będzie celebrował tragicznych skutków napaści sąsiadów na kraj umiłowany, bo Amerykanie nie mają sąsiadów, którzy byliby w stanie na nich napaść. Nie będzie celebrował katastrofy prezydenckiego samolotu, bo ich samolot z prezydentem się nie rozbija, chociaż prezydent lata dwoma samolotami na raz, co przecież nie może być łatwą sztuką. Fajnie być patriotą w ten sposób. Mnie uczono tylko patriotyzmu w wersji sado-maso, więc nie chcę być patriotą.
Chciałbym mieć amerykańką duszę, yeah.
Ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma, fak.

Na zakończenie amerykańska wersja pieśni Pałacyk Michla, Żytnia, Wola. O chłopcach, co na tygrysy mają visy. Proszsz...



poniedziałek, 24 października 2016

Krótki raport z pierwszej połowy poniedziałku

Przeglądając elektroniczną skrzynkę pocztową, znalazłem trzy następujące po sobie wiadomości, w których powiadomiono mnie, że:
1. Mogę mieć większe przyrodzenie.
2. Kończę zawsze z zyskiem.
3. Nie trzeba już pracować.
Gdyby nie to, że jestem zgryźliwym tetrykiem, który uważa, że szklanka jest w 3/4 pusta, lodowce topnieją, lasy na Borneo się palą, stawy bolą, włos wypada, oko tępieje, politycy to szubrawcy, sprawy idą w złym kierunku, lepiej już było a Freddie Mercury nadal nie żyje, z pewnością ucieszyłbym się, że jest tak wspaniale, a jeśli ktoś myśli, że nie jest, to mu się wydaje, choć może nie całkiem, ale to nic, bo jeśli nawet nie całkiem jest dobrze, to z pewnością będzie i tego się trzymajmy. Tak bym pomyślał. Poczułbym miłe łaskotanie w żołądku. Bo który mężczyzna nie chce mieć większego przyrodzenia, niż ma? Kto kończy zawsze z zyskiem i do tego nie musi pracować? Otóż nie ja. 
Otóż to aktorzy filmów porno. Tylko oni mają tak wielkie przyrodzenia, że większych już na pewno mieć nie chcą. Tylko oni, kiedy kończą, mają z tego zysk. Tylko oni nie pracują. Już wiem, kto wymyślił powiedzenie "wybierz pracę, którą kochasz, a nigdy nie będziesz musiał pracować".
Fuck!

poniedziałek, 17 października 2016

Jak moje miasto stało się miastem wielkim

Pracuję w mieście M. Do wczoraj nie było to miasto wielkie, choć pewne cechy wielkości już od jakiegoś czasu zaczęło przejawiać. Na przykład zbudowało sobie galerię handlową i spopularyzowało ją na tyle, że samochody przestały się mieścić na parkingu w niedzielę. No, to się niebawem skończy, być może, ale na razie trwa. Ludzie łażą po galerii cały boży dzień a nawet coś tam kupują. Grzesznicy!
Sam pracuję nad wielkomiejskością mojego miasta ze wszystkich sił. Wyprowadziłem się na wieś, za miasto. Dojeżdżam do pracy jak mieszkańcy wielkich miast. Jak z Milanówka albo Konstancina do Warszawy. Moje miasto jest przez to bardziej podobne do stolicy.
Dziś, rankiem 17 października roku Pańskiego 2016, jadąc do pracy, utknąłem w lesie. Przede mną stał sznur samochodów, po bokach stały drzewa, tylko czas nie chciał stanąć w miejscu. Myślałem, że może jakiś wypadek, albo ten czy inny idiota zatrzymał się na siku i blokuje ruch, ale nie. Auta stały jedno za drugim na przestrzeni półtora kilometra, czyli od ronda jakichś ofiar czy też kombatantów, nie pamiętam, do lasu z sarenkami. Bo moje wielkie miasto jest wielkie głównie duchem. Półtora kilometra wystarcza, żeby się przenieść miejskiego gwaru do leśnej głuszy.
Do niedawna moje miasto różniło się od wielkich brakiem większych korków. Od dziś to już nieaktualne. Nie powiem, żebym się z tego cieszył.
I to już koniec opowieści.
Bo jesień.
Styki mi zamokły.

czwartek, 6 października 2016

Piesek



Rozwiązujecie czasem krzyżówki? Ja tak. Najbardziej lubię hetmańskie, potem „z przymrużeniem oka”, małego Jasia, pomysłówki, przez dziurkę od klucza no i w końcu jolki. Czasem jednak schylam się nisko, bo i krzyżówką panoramiczną z gazetki Kauflandu głodny krzyżówkowicz też się, od biedy, jakoś pożywi. Marna to strawa, zatrudnia kawałek jednej półkuli mózgowej. Pytania trudne to np. środowy serial Polsatu. Kiedyś rozwiązywałem takie krzyżówki na czas. Jednym okiem czytałem określenie, drugim zerkałem w kratki diagramu w czasie wpisywania liter, a trzecim czytałem już określenie następne… Teraz jakby wszystko wolniej mi idzie i rozwiązywać na czas już mi się nie chce. Dziś wziąłem krzyżówkę gazetkową, zasiadłem wygodnie, naostrzyłem długopis. Pierwsze określenie z kratki wyglądało tak:

Kończy-
na
pieska

O cholera! O kogo może chodzić? I dlaczego o to pytają w krzyżówce sąsiadującej z tak niewinnymi towarami jak wołowina, płyn do płukania tkanin i kompresor do pompowania kół za 29,99 zł?
A potem zauważyłem ten maleńki myślniczek i uśmiechnąłem się. Nie gardźmy krzyżówkami do kotleta. One też mogą rozbawić.


niedziela, 2 października 2016

Ona czuje we mnie piniądz



Rzadko oglądam telewizję. Nie jest to świadomy wybór, nic podobnego. Po prostu coraz mnie mnie interesuje to, co tam mogę zobaczyć. Ot, odrobina Teleexpressu przy zmywaniu po obiedzie (lubię sobie trochę pozmywać) i niewiele więcej.  Czasem jakiś film, który znam na pamięć, bo, jak wiadomo, najbardziej lubimy te piosenki, które znamy. Zresztą nowych prawie nie ma. Może w kanałach płatnych, ale na to jestem za skąpy. Przeganiam akwizytorów telefonicznych. Niemniej...
Włączyłem telewizor akurat na Mam Talent. Ano zobaczymy - pomyślałem. Dotrwałem do końca, żeby zostać znokautowanym występem zespołu Neon. Dla niezorientowanych wyjaśnienie. Członkowie zespołu świecą w czasie występu. No.
Zapomniałem już, że można coś tak dennego i głupiego wyśpiewywać w TV. Przypomniano mi, że można. Jurorzy darli łacha z Neonu, publika dobrze się bawiła, a "artyści" zachwycali się sobą. Źle ze mną - pomyślałem już drugi raz tego wieczoru. Chyba tracę kontakt z rzeczywistością, skoro ulegam zadziwieniu w trakcie oglądania programu dla ludu. Chyba nie słucham właściwiej muzyki i nie czytam właściwych gazet. Zatrzymałem się mentalnie w epoce, w której państwo miało ambitne zamiary edukowania społeczeństwa, kulturalnego podciągania na wyższy poziom. Dziś przeciwnie, dziś należy głupieć i to szybko. Kto nie zgłupieje, będzie cierpiał. Co ja mówię! Już niewątpliwie odczuwa dolegliwości. A przecież można tak:


Łobuzy – Ona czuje we mnie piniądz

Wsiadam w betę, daję dyla,
Mam na piersi krokodyla.
Na mej ręce, rollie błyszczy,
Każda laska dziś zapiszczy.
Do klubu wchodzę bez kolejki,
Bramkarzom płacę, cześć i dzięki!
Przyjmuje pozę, parkiet skanuję,
a tam mnie już ktoś obserwuje.

Ona czuje we mnie piniądz,
Wystroiła się jak Bijons.
Patrzy na mnie drinka pijąc,
Bo wyczuła we mnie piniądz.

(…)
Na parkiet wbijamy na pełnym lansie,
Do góry skakamy, to podoba nam się.
W jej oczach już widzę dwa złote lampiony,
Wyczuła już we mnie grube miliony.

Ona czuje we mnie piniądz…

(dla zainteresowanych stroną audio-wideo link: https://www.youtube.com/watch?v=_YHa208H-Gc)


Łobuzy – Pupy

Jest taki magnes, co przyciaga uwagę,
Jest taka szynka, której nie kupisz na wagę.
Każdy lubi jak się trzesie, każdy dotknąć tego chce.
To są najważniejsze mięśnie,
Chcesz jak Reksio szarpać je.
(..)
W Hollywoodzie
Czy w Ostródzie.

Nie ma rady na poślady
(…)
Twerk twerk
Misia bela
Chude uda
Śniada cera
Twerk twerk
Misia Basia
Tegoroczna Miss Podlasia.

(…)
Misie pysie
Cała pupa trzęsie ci się.


Markus P – Kici kici miał

Kici kici miał
Będę ciebie brał.
Będę chciał, będę miał
Cały koci szał.

Hej, kociaku,
Ty nie masz żadnych braków.
Biorę w ciemno,
Bo to wszystko jedno.

Kici kici miał…

Ktoś może spytać, dlaczego składam własną notkę z cudzych tekstów. Cóż, może schodzę na właściwy poziom? Jeszcze nie kupiłem sobie futerka z pantery, jak Markus, nie mam na piersi krokodyla i nie wiem, co to beta, którą można dawać dyla. Wiem, co to dyl i wiem, że beta, to litera greckiego alfabetu, ale zdaję sobie sprawę, że to wiedza lamerska. Może jeszcze nie jest dla mnie za późno?

PS
Za tzw. moich czasów kotki robiły miau, teraz robią miał. Komercjalizacja wszystkiego.


poniedziałek, 26 września 2016

Coś na literę N

Normalność. Ludzie chcą normalności. Mówią o tym tak, jakby normalność była stanem błogiej równowagi, w którym wszystko idzie dobrze, a jak zazgrzyta, to się lekko nasmaruje i dalej się toczy. Zboża rosną, deszcz pada wtedy, kiedy jest potrzebny, dzieci są zdrowe, w domu ciepło, mięso jest zawsze świeże, nie ma idiotów ani szubrawców, no chyba, że niewielu i daleko od nas. Ludzie mówią: ja chcę tylko, żeby było normalnie. Naprawdę chcą dobrostanu. Marzenia...
Jeżeli coś jest powszechne, coś jest trwałe, coś się powtarza, to to jest właśnie normalność, choćby była wkurzająca i dolegliwa.
Stanisław Lem napisał opowiadanie o tym, jak jeden z konstruktorów, czy to był Trurl czy Klapaucjusz, nie pamiętam, zbudował maszynę, która umiała robić wszystko na literę N. Potrafiła nawet zrobić nic, czyli nicość, czyli niebyt. Wzięła się do pracy i zaczęła likwidować najpierw rzeczy na literę N. Tak przepadły na zawsze natągwie, niedostópki, nędasy i wiele innych, a potem także rzeczy na inne litery - murkwie, pćmy, gwajdolnice... W końcu maszyna została zatrzymana, bo unicestwiłaby wszystko.  Gwajdolnic już nie ma i nie będzie, bo nie były na literę N i nie dało się ich odtworzyć. Szkoda, że konstruktorzy nie pomyśleli, żeby maszyna zrobiła nową normalność. Taką, fajną, dobrą, pożyteczną i radosną. Bez chłodu, głodu i bicia. Za mało mieli wyobraźni.

piątek, 16 września 2016

Mała rzecz, a wkurza

Wczoraj telewizja publiczna, mówiąc o jakimś muzeum w USA, pokazała taki przedmiot

i nazwała go saksofonem Armstronga... Louisa Armstronga.
Cóż, pamiętam czasy słusznie minione i wiem, że telewizja musi kłamać, ale dlaczego aż tak i czemu w sprawie sympatycznego przecież i niewinnego Armstronga? Biedny Armstrong w grobie by się przewrócił, gdyby mu ktoś powiedział, że w Polsce nie wiedzą, jak wygląda saksofon i że ma bardzo mało wspólnego z trąbką, bo jest drewniany, chociaż z blachy. Wiem, że to nikogo nie obchodzi, ale mnie tak, więc się czepiam. A tym, którzy uważają, że bełkotać wolno byle co, bo co to za różnica, na czym grał kiedyś tam jakiś Murzyn, dedykuję to oto zdjęcie ulubionego akordeonu Fryderyka Chopina.

wtorek, 13 września 2016

Dobra nowina

Świat obiegła wiadomość, że aktywista Fundacji Dobrego Pasterza wdał się w bijatykę w Sejmie, z jakimś podręcznym marszałka Terleckiego. Zrazu wiadomość ta ubawiła mnie, bo wyobraźnia podsuwała mi kolejne możliwe nagłówki internetowe i prasowe, jak "Aktywista Fundacji Świętej Rodziny przyłapany na biciu dzieci skakanką" albo "Prezes częstochowskiego koła organizacji Jedzmy Zdrowo kupuje czternaście batoników dla swoich dzieci".
Obejrzałem filmik.
Okazało się że człowiek od Dobrego Pasterza nikogo nie napadał, wpychał się tylko dość natrętnie przed kamery, żeby dokuczyć marszałkowi pytaniem o dzieci. To nie powód, żeby jakiś chłystek miał startować do ideowca z łapami. Od tego jest straż marszałkowska, jeśli już. Partyjny gorliwiec próbował założyć nelsona Dobremu Pasterzowi a potem konsekwentnie dążył do zwycięstwa przez ippon a jak nie to chociaż do osiągnięcia waza-ari. Nie udało się. Muszę przyznać, że Dobry Pasterz zyskał moje uznanie. Natrętna menda obłapiająca od tyłu, może człowieka przecież wkurzyć tak, że się takiemu przywali w mordę. Nie przywalił. Gratulacje! Dobry Pasterz wykazał się opanowaniem i chociaż uległ mundurowym, zwyciężył moralnie. Nie dziwota, miał za sobą większego Prezesa niż PiSowiec.

piątek, 9 września 2016

Kasia

Proszę pana! Proszę pana! Proszę pana! Czteroletnia dziewczynka wołała z pomostu do Mariana, który właśnie podpływał kajakiem do pustej o tej godzinie plaży. Ignorował nawoływania małej. Może jej się odechce i nie trzeba będzie odpowiadać. Nie odechciało się. Proszę pana! Ech, co za smarkula. Czego ona chce?
- Proszę?
- Proszę pana! Mogę?
No jeszcze czego, dzieciak chce do kajaka? Tak. Chce. Ledwie kajak dotknął dziobem piasku plaży mała już była przy nim. Mogę? - znowu pyta tonem nie przyjmującym odmowy.
- A czyj to jest fotelik? - wskazała na wolne miejsce. Fotelik... tak, pewnie w samochodzie ma swój fotelik. Ja w jej wieku nie nazwałbym tak plastikowego krzesełka.
- Pasażera. Tego, kto tu usiądzie.
Marian był zadowolony z odpowiedzi. Odpowiedzieć na dziecięce pytanie nie zawsze jest łatwo. Dorosły takiego by nie zadał. Kłopot. Przypomniała mu się anegdota o matematyku, który na pytanie aeronautów podróżujących balonem, gdzie się znajdują, odpowiedział: w balonie. Podobno matematycy udzielają odpowiedzi prawdziwych, ścisłych, zwięzłych i całkowicie bezużytecznych... No to masz, dziecinko.
Kasia wpakowała się śmiało do kajaka.
- Tam! - zakomenderowała, wyciągając prawicę jak Lenin na plakacie.
Na środek jeziora, ku słońcu, jutrzence swobody, yhm. Jakiej tam jutrzence? Przecież jest dziewiętnasta. Co tu robisz, smarkulo? Czemu nie oglądasz dobranocki i nie szykujesz się do snu? Ach, ta dzisiejsza młodzież.
Kilka lekkich ruchów wiosłem i statek majestatycznie skierował się dziobem na ocean, na zachód.
Przepłynęli kawałek. Co na to matka? Matka przygląda się z pomostu, ojciec dziewczynki nie patrzy wcale na swoją latorośl. Nos ma zatopiony w smarfonie. Nos, policzki, oczy. Tylko uszy jeszcze mu wystają nad taflę telefonu, ale i tak nic nie słyszą.
- Tam! Woła znowu Kasia i zaczyna się niebezpiecznie wiercić.
- Siedź spokojnie - rozkazuje Marian.
Rozkazuje? Komu? Przecież mała nie zamierza słuchać, robi to, co chce. Silna osobowość. Nie to, co Marian.
- Proszę pana, teraz ja chcę tam. Pokazuje na jego miejsce i zaczyna się gramolić ze swojego fotelika do Mariana. Kajak się chybocze. 
- Nie wstawaj, siedź!
- Teraz ja tam! - Kasia już stoi. Zaczyna się chwiać, balansuje ciałem, ale przecież kajak to nie jacht milionera Abramowicza, to łupinka, buja się coraz mocniej.
- Siadaj! - woła Marian.
- Proszę pana... Plusk! Dziewczynka wpada do wody.
Momentalnie znika pod powierzchnią.
Marian wyskakuje z kajaka. Tu jest płytko, woda sięga mu do piersi. Dla małej to głębia. Gdzie ona jest? Szuka jej. Musi tu przecież być, nie rozpłynęła się. Matka coś krzyczy, ojciec opuścił rękę ze smartfonem i patrzy baranim wzrokiem, jeszcze nie wie, o co chodzi. Za chwilę oboje są w wodzie. Biegną. Trochę to trwa, woda hamuje ruchy. Marian szuka dziecka. Nie ma. Gdzie wpadła? Tu? Nie, chyba trochę dalej. Tam też nie ma. Rodzice też szukają, matka ciągle krzyczy, ojciec próbuje nurkować. Nic nie widać, woda zielona, teraz już mętna. Jezus Maria! Gdzie ona jest?! Nie ma, nie ma. To nie możliwe. Już upływa minuta, dwie minuty. Dziecka nie ma. Biegną wędkarze, którzy dotąd obserwowali zajście z fotelików ustawionych w pobliżu trzcin. Oni też brodzą w wodzie, nurkują, znowu brodzą. Krzyki, zamęt w głowach, zamęt w wodzie. Nic. Nie mogą znaleźć.
Wreszcie udało się. Wędkarz ją złapał. Wyciąga dziecko na powierzchnię. Wszyscy biegną do brzegu, kładą małą na plaży, robią sztuczne oddychanie. Pięć minut, dziesięć, piętnaście... Za późno.
Nie ma pulsu. Nie oddycha. Koniec.

Tak by to mogło być - pomyślał Marian.
- Proszę pana! Mogę?
- Nie możesz.
- Dlaczego?
Bo nie lubię dzieci i dzięki temu niektóre z nich mają szansę przeżyć, wiesz? 
- Bo śpieszę się do domu.



środa, 7 września 2016

Carmen, czyli o paleniu

Czytam właśnie, że dziewiętnastoletnia Carmen z Florydy podpaliła w akcie zemsty samochód swojego byłego chłopaka. To znaczy myślała, że podpala jego samochód. Okazało się, że pomyliła pojazdy i teraz odpowie za podpalenie drugiego stopnia.
Moja pokręcona, polska dusza ma ubaw. Carmen, podpaliła... :) I do tego zrobiła to w drugim stopniu. Ciekawe jak wygląda podpalenie pierwszego stopnia, albo trzeciego? Stopień pierwszy podpalenia to podpalenie bardziej palące, czy mniej? A może to podpalenie "właściwie nie chciałam, ale tak wyszło"? Stopień drugi: chciałam, k..., a co? Stopień trzeci? Hm. Może: niech się cieszy, palant jeden, że mu nie podpaliłam jego małego fiutka (koniecznie małego)! Nie, stopień trzeci to właśnie to! Uch, latynoski są gorące.
Dziękuję ci, dear Carmen! Nareszcie coś nowego. Od tygodnia czytam nagłówki o sukni ślubnej Agnieszki Szulim, o czwartej sukni ślubnej tejże Szulim, o butach Agnieszki Szulim, o tym, że paparazzi dopadli, no kogo? Tak! Agnieszkę Szulim. Ach, co to był za ślub, zapewne! 
Starszy strażak już co na tubie grał, tęgo grał,
uroczysty speech wierszem miał.
Zebrał za to moc braw i nad kuflem fajansowym
dalej mężnie trwał.
Haftuję już tym ślubem Szulim, chociaż o nim nie czytałem.
Czy ktoś pamięta cytowaną piosenkę? Carmeny pewnie tak.
Dziś nie pisze się już takich tekstów (poezja) i nie pali carmenów. Dziś Carmeny palą auta. Takie czasy, panie.

piątek, 2 września 2016

Pierwsze wystrzały w wojnie o niedzielę

Dzisiejszy ranek przywitał mnie informacją o tym, że rozpoczęto ofensywę na rzecz uniemożliwienia handlu w niedzielę. Aha... Znaczy czarni wysunęli żądania. Zobaczymy, co dalej.
Dobra władza nie ma ochoty uchwalić całkowitego zakazu przerywania ciąży, bo wie, że to się narodowi nie spodoba. Ciekawe, czy prawo do robienia zakupów w niedzielę lud ceni sobie mniej niż prawo do legalnej aborcji, i tak zresztą niewiele więcej niż teoretyczne. Ciekawe, czy ideologia będzie silniejsza od pieniędzy, w tym wypadku naprawdę dużych. Jeśli biznes przegra to starcie, będzie to znaczyło, że wszystko jest już możliwe. Jeśli nie będzie miało znaczenia, że handlu w niedzielę chcą jednocześnie klienci i właściciele sklepów, a mimo to zakaz zostanie przepchnięty, będzie to oznaczało narodziny Rzeczpospolitej o którymś już tam, kolejnym numerze. Następnym będzie zakaz podawania w restauracjach dań mięsnych w piątki. Będzie to jedna z najmniejszych dolegliwości nowych czasów.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Ikony

Lubicie ikony? Nie mam na myśli tych mikrych znaczków na ekranie komputera. To nie są ikony, to są pierdółkowate obrazki, czasem nawet ładne, czasem zgrabne, ale przecież tak mizerne, że nazywanie ich ikonami to nieporozumienie. To tak, jakby dzwonek telefonu nazywać symfonią, albo komunikat "Error 404. Page not found" poematem. Mam na myśli prawdziwe ikony. To znaczy, właściwie nie prawdziwe dosłownie. Ikona w sensie dosłownym to na przykład taki obraz:
żeby było ciekawiej, nie wisi w cerkwi.
Nie o takie ikony mi chodzi.
Wczoraj po raz enty obejrzałem Wejście Smoka z Brucem Lee. Film ten ciągle mi się podoba. Nie wiem, czy dlatego, że jest dobry, czy dlatego, że wiążą się z nim wspomnienia najlepszego okresu mojego życia, wspomnienia przeżyć w kinie o jakich dziś już raczej nie mogę marzyć. Nie wiem, co by to musiało być, żeby zachwyciło mnie tak, jak Bruce na początku lat osiemdziesiątych. Bruce Lee nie zrobił już nigdy takiego filmu, a gdyby zrobił, dziś już pewnie nie umiałbym chłonąć oczami obrazów tak, jak trzydzieści lat temu. Bruce Lee pozostanie na zawsze w pamięci jako główny bohater Wejścia Smoka. Oraz jedna z ikon kina. To nic, że nie tworzył kreacji szekspirowskich. Miał w sobie coś. Jak Marilyn Monroe, jak Charlie Chaplin, jak John Wayne. Jak ikony spoza świata filmu. John Lennon  lennonkach, Jimmy Hendrix w afro, Che Guevara w berecie z gwiazdką. Takimi ikonami obwiesiłbym swój heretycki salon rozkoszy zmysłowych i dobrych wspomnień w moim pałacu, gdybym go miał.
Śpij spokojnie, Bruce.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Ad astra

Dziś wizytę w Polsce rozpoczyna prezydent Kazachstanu Nursułtan Nazarbajew. Radziśmy. 
Z razu myślałem, że wybitny ten mąż stanu przybywa na pogawędkę z naszym Prezesem na temat "Jak rządzić 27 lat bez przerwy i jeszcze dłużej". Ale nie. Przybywa spotkać się z naszym prezydentem. Będą rozmawiali o zacieśnieniu współpracy na polu, uwaga! nauki i badań kosmicznych. To rozumiem. Nasze kraje są w czołówce naukowej świata. Są także liderami badań kosmicznych. Oni mają kosmodrom Bajkonur, a my to już w ogóle - mieliśmy Kopernika! Rosjanie z Ciołkowskim i Krolowem mogą nam buty czyścić. Poza tym nasze kraje łączy wspólna kultura i sztuka. Dowodzą tego budowle, które wznieśliśmy, my i oni. O, proszę, taka na przykład złota kulka w Astanie, całkiem jak sfera armilarna kanonika warmińskiego z pomnika w Warszawie:


albo takie złote stożki i pałac tamże:


My mamy coś podobnego w Licheniu:


Myślę, że głowy naszych państw dobrze się porozumieją. Będziemy sobie badać kosmos.

Oczekuję dalszych sukcesów. Kiedy przybędzie głowa Wybrzeża Kości Słoniowej by podpisać umowę o rozwijaniu współpracy na polu fortepiannictwa oraz prezydent Sierra Leone, w sprawie hodowli lwów w Zakopanem?


wtorek, 16 sierpnia 2016

Ożeż!

Staram się nie pisać o polityce. Czytelniczki tego nie lubią. Czytelnicy wyginęli. Być może funkcjonuje jeszcze zwierzątko w bereciku, które uaktywniało się w tematach politycznych, ale jego akurat tu nie chcę, bo nie umie się zachować. A jednak nie zdzierżyłem, widząc, co wywinął człowiek, zajmujący stanowisko prezydenta naszego państwa. Odsłonił uroczyście tablicę upamiętniającą tzw. żołnierzy wyklętych i to gdzie? Na Grobie Nieznanego Żołnierza!
...
Uważam to za niebywałą bezczelność. Żołnierze, którzy zginęli na polach bitew, w grobie się przewracają. Państwo wysłało ich na wojnę, nierzadko wbrew ich woli. Zginęli, niekoniecznie unoszeni patriotyzmem. Kto czytał wspomnienia żołnierzy frontowych, ten wie, że rozmaicie to wyglądało a nigdy pięknie. Poświęcili się, karnie oddali życie. Za to współcześni oddają im cześć, państwo dba o zachowanie pamięci o tych ludziach. Tak być powinno. I oto nagle ktoś podczepia się pod ich chwałę, dopisując swoich protegowanych nieboszczyków na tablicach pomnika. Dziadek mojego kolegi został odesłany przez partyzantów do domu, bo się nie nadawał. Tchórz go oblatywał w obliczu wroga? Nie, po prostu nie umiał "organizować" zaopatrzenia. Nie wiedział, że jak chłop nie chce dać drobiu i słoniny, to trzeba mu przylać w mordę i postraszyć karabinem. Miękki był. Wyklęli go partyzanci i dzięki temu teraz nie jest wyklętym. Nie musiał też nikogo zastrzelić, jak ludzie Lalka naczelnika poczty, ani ukrywać się przez kilkanaście lat po wojnie, jak sam Lalek. Nie miał okazji okazać męstwa w czasie strzelaniny... w sklepie. I nie jemu poświęcono nową tablicę na Grobie Nieznanego Żołnierza.
Nawet obśmiać tego memami nie można, bo to już nie jest śmieszne ani trochę.

piątek, 12 sierpnia 2016

W kwestii biustu jeszcze raz, tylko inaczej

Jako że zajęty jestem wypoczynkiem, w głowie mam raczej pusto. Spostrzeżeń brak, pomysłów też. Notki nie będzie. Sięgam więc do archiwów zdjęć dawnych i wyciągam zdjęcie z wakacji, chociaż nie tych. Nie szkodzi.


Rozmarzyłem się. Naprawdę, nie przypuszczałem, że jest w Polsce instytut, w którym bada się zagadnienie kontaktu języka z biustem. A jest to zagadnienie doniosłe i bardzo ważne w budowaniu bliskich relacji i utrwalaniu dobrych relacji już zbudowanych. Nazwa nieco obcesowa, rzekłbym przaśna, ale liczy się idea, a ta jest na pewno szczytna.
Darzbór!

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

W kwestii biustu

Ojciec Święty już odleciał, zatem możemy wracać do naszych polskich spraw codziennych, czyli do martyrologii, walki z komuną, Trybunału Konstytucyjnego, cudownej przemiany naszego kraju z ruiny w rajski ogród pod rządami jedynie słusznej partii oraz tematów ogórkowych. Dziś właśnie coś lekkostrawnego. Muszę się śpieszyć, bo o 17.00 godzina W, jak wspomnienia. Coroczna odsłona wesołych twarzy dwudziestolatków warszawskich w pierwszy dzień powstania, a potem ruin, zgliszcz, kanałów, trupów, etc., etc., czyli tego w czym się oficjalnie lubujemy, chociaż ja sam nie znam nikogo, kto by uważał, że fajnie patrzeć na śmierć bliskich i pożar własnego domu. Nie, nie. To niefajnie jest. Fajnie jest tak, prawda, ogólnie, narodowo, ale osobiście to nie. Mam wrażenie, że półgłówki zachwycające się wojną sądzą, że giną zawsze inni a im przypadnie wyłącznie chwała, sława i uwielbienie niewiast z krągłym biustem. Rzeczywistość jest inna. 
Ale wracajmy do tematu dzisiejszej lekcji.
Wpadła mi niedawno w ręce niejaka Patsy Kensit. Patsy jest przykładem, pomocą naukową,  pomocą której dowiodę słuszności porzekadła:

Jeśli nie wyglądasz jak Quasimodo,
lepiej weź i zostań sobą.

Wiadomo, że każdy z nas chciałby być piękniejszy, zgrabniejszy, silniejszy, mądrzejszy, bardziej utalentowany niż jest oraz , last but not least, mieć większe to COŚ, no chyba, że ma już bardzo duże.
U pań to coś, to biust. Ciekawe, że raczej nie spotyka się dam, które chciałyby mieć większą pupę niż mają, nawet gdy są to dwa ziarnka kawy, ale biust - tak. Desperacja jest często tak duża, że kobiety tną się i faszerują woreczkami z sylikonem. I cóż? Gabaryt się powiększa, ale czy to sukces?
Czytam, że Patsy PRZED miała 32B. Nie wiem, co to znaczy. 32 stopnie w skali Beauforta? Toż to byłby biust-huragan, burza marsjańska, tsunami piersiowe. A po zabiegu uzyskała 35C. I tu znowu konsternacja. 35 stopni Celsjusza? Zimna pierś, cholera. Może dobra do okładów...
Patsy przed wyglądała, uroczo, wdzięcznie, naturalnie, pociągająco i seksownie, nie tylko z powodu młodego wieku:
Chociaż minę ma jakby wkurzoną, jest niewątpliwie śliczna i wszystko ma takie, jak trzeba, harmonijne, miłe dla oka. Ale widać, że jest niezadowolona. Idzie więc do doktora i robi sobie coś, po czym wygląda tak:

O matko i córko! Dwie kulki przyczepione do ciała, na kilometr krzyczące "To my, sylikony!" Cóżeś ty uczyniła, Patsy, z ciałem swoim? Po co ci to było? Prasa chwali, że nie przesadziłaś z rozmiarem. No cóż. Rzeczywiście, mogło być gorzej. Można sobie wszczepić balony i napompować usta, tylko po co? Człowiek rzadko bywa idealny, ale niedoskonałości naturalne mogą być piękne, niedoskonałości sztuczne - nigdy.

piątek, 29 lipca 2016

Widziałem Franciszka

Wczoraj pierwszy raz w życiu widziałem papieża Franciszka z bliska. Jakby stał obok mnie. Oglądałem kawałek transmisji z wizyty papieskiej. Podziwiałem rajd Ojca Świętego tramwajem po Krakowie. Trzeba przyznać, że Jego Świątobliwość ma fantazję. Cały tramwaj, proszę państwa, a nie tylko automobile. Tramwaj pomalowany w barwy papieskie, szyby nieskazitelnie czyste, podłogi pewnie szczoteczkami do zębów wyszorowane. A może nie było trzeba? Może tramwaj ganz nówka nie śmigana? Nie byłem w stanie wypatrzeć, czy wszystkie szyby kuloodporne. Jeśli tak, to cholernie drogi musiał być ten tramwaj. No, ale czegóż się nie robi dla Drogiego Gościa. To mi przypomina stary kawał o synu szejka arabskiego na studiach w Londynie. Syn pisze do ojca. Tato, tu wszyscy jeżdżą na uczelnię pociągiem, nawet profesorowie, a ja tym złotym rolls-roycem. Głupio mi. Synu - pisze szejk - przesyłam ci dwadzieścia milionów. Też kup sobie pociąg.
Niedawno jechałem tramwajem w mieście M. Pierwszy raz od lat, bo w moim mieście m. tramwajów nie ma. Było mi bardzo dobrze, myślę, że nie gorzej niż Franciszkowi, chociaż nikt do mnie nie machał z chodnika. Bo ja diabelnie lubię tramwaje i pociągi. Mam słabość do pojazdów szynowych. Spędziłem w nich kawał dzieciństwa i młodości. Może dlatego. Kiedyś napiszę o tym notkę.
Czy Tram del Papa będzie kursował po Krakowie po zakończeniu Światowych Dni Młodzieży? Czy będą wpadać do żółtego tramwaju kanary? Czy będzie można posadzić tyłek na miejscu ubogaconym tyłkiem Papy? Czy będą nalepki na poręczach w tramwaju, których On dotykał, stópki naklejone na stopniach po których wstąpił i zstąpił? Obawiam się, że nie, bo Franciszek nie nazywa się Wojtyła i nie jest aktorem, jakim był z zamiłowania Najlepszy Papież Ever. Tak między nami: co to za papież, co nie mówi po polsku? Czy on jest tak do końca prawdziwy? A gdzie czerwone buty? To nie jest show.
Uwielbiam tramwaje i chciałbym się takim tramwajem z kimś przejechać przez całe, możliwie duże miasto. Ale nie z Franciszkiem, mimo jego poczciwości.


środa, 27 lipca 2016

O poziomie

- Człowiek, który chce zachować odpowiedni poziom, powinien zawsze trzymać pion - rzekł sentencjonalnie Ascenty.
- Tak. Zachowanie poziomu chroni przed staczaniem się - dodał Descenty, po czym obaj zamilkli na chwilę, kreśląc figury na piasku.
- W rzeczy samej. Gdyby taki Syzyf, dajmy na to, zachował poziom, nie musiałby w nieskończoność pchać kamienia, bo ten by się nie staczał, gdyż nie działałaby na niego żadna siła, no chyba, że wiatr, ale ten czynnik można pominąć, jako że w czasach Syzyfa nie znano jeszcze styropianu i kamień musiał być ciężki.
- A gdyby taki Ikar nie zawyżał poziomu ponad zdrowy rozsądek, nie spadłby do morza sromotnie, tak że tylko jedną nogę sterczącą z wody na obrazie Breugela mu widać.
- Albo gdyby Tantal trzymał się poziomu morza, nie musiałby się schylać, żeby się napić.
- Tuś się już zagalopował, mój przyjacielu. Zważ, że wodą morską pragnienia nie mógłby Tantal ugasić, gdyż woda taka gorzka jest, chociaż mówią na nią słona. Nazwy to drobiazg. Wszak woda słodka wcale słodka nie jest, a tak się ją nazywa.
Speszony Ascenty przyznać musiał, że nie popisał się zbytnio logiką. Lecz nie stracił rezonu i dorzucił, by wyjść z twarzą:
- Masz rację, mój drogi. Gdyby jednak Tantal trzymał się poziomu Morza Martwego, mógłby znaleźć przynajmniej godną śmierć, która w porównaniu z męką wieczną słodką by mu była.
Descenty pokiwał głową na zgodę i obaj przyjaciele powrócili do picia piwa, patrząc na doskonale poziomą linię morskiego horyzontu.

czwartek, 21 lipca 2016

Kawałek Polski anno 2016

Jest coś fajnego w wyjazdach do miasta M. Zdarzają się tam obserwacje. Zwykle malutkie, ale przecież jestem tylko pyłkiem w kosmosie. Czemu miałbym oczekiwać więcej?

Na ulicznej barierze, zabezpieczającej pieszych przed ewentualnym rozjechaniem przez samochody, ktoś przykleił ogłoszenie następującej treści:

DAM MIESZKANIE I UTRZYMANIE PANI
UCZCIWEJ (RELIGIJNEJ) I NIEZAMOŻNEJ
W ZAMIAN ZA POMOC W DOMU

Uwielbiam takie perełki. Jedno zdanie, a cała kopalnia wiedzy o naszych czasach, o ludzkiej mentalności, o wyobrażeniu niektórych osób o świecie. Bo cóż to zdanie w istocie mówi? Ano to:

POSZUKUJĘ KUCHTY, SPRZĄTACZKI I PODRĘCZNEJ W JEDNEJ OSOBIE. TAKIEJ, KTÓRA MA PRZERĄBANE W ŻYCIU, WIĘC ZGODZI SIĘ PRACOWAĆ ZA MISKĘ ZUPY I KĄT DO SPANIA.WYCHOWANEJ W KATOLICKIM POSŁUSZEŃSTWIE, ŻEBY NIE CHCIAŁA ZA DUŻO I NIE OKRADAŁA JAŚNIEPANI, BO TO GRZECH.

Nie jest to napisane wprost, ale rozumie się, że pani służąca nie ma się spotykać z mężczyznami (religijna), a jakby już, to nie sprowadzać i broń Boże nie zaciążyć (nieuczciwość), bo wtedy na pysk, na ulicę. Olesia Chrobotówna nie ma tam czego szukać.
Słowem, niektórzy z nas mają w kalendarzu wiek XXI, ale w głowach XVIII, no może XIX.
Długo, oj długo będziemy gonić Europę. I wcale nie wiadomo, czy kiedykolwiek uda nam się złapać ją za ogon.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Pani w obuwniczym, czyli...

... dobry żart z rana,
jak słodka śmietana.

Kto by pomyślał, że nawet skromny sklep spożywczy, w którym za srebrniki uzyskane ze sprzedaży mej duszy, talentów, lewego przedsionka serca oraz godności człowieka, co brzmi dumnie, cynicznemu pracodawcy na poziomie kreta z Żuław, kupuję co rano chleb, może mnie zadziwić. A jednak może.
Wchodzę dziś do wyżej wzmiankowanego sklepu, proszę o chleb ciemny, model graham, a pani na to, że nie ma. Jak to, nie ma? Wczoraj nie było i dziś też nie ma? - zadziwiam się grzecznie, by nie było widać, że już wkurzony (podstawić słowo właściwe) mój wewnętrzny Polak, cedzi przez zęby: k..., znowu?  Rozszedł się - odpowiada pani pamiętająca czasy PRL, posiadająca zresztą genom i fizjonomię sklepowej z tamtych czasów. Mój wewnętrzny Polak pomyślał brzydko, ale zewnętrzny nie wygadał się. Zadziwił się tylko brwiami, bo była godzina 6:09, a sklep otwierają o 6:00. Dziewięć minut i rozszedł się... Cóż, może należy ustawić się w kolejce już wieczorem dnia poprzedniego, wybrać komitet i zrobić listę? Sprawdzanie obecności o 23:00 i 2:00. To wraca. Wczoraj TV pokazała kolejkę, koczującą przed Akademią Wychowania Fizycznego w Poznaniu, bo uczelnia ustaliła, że przyjmować na studia na kierunku fizjoterapia będzie według kolejności zgłoszeń. Kto pierwszy, ten lepszy. Świetny pomysł! Zdajemy maturę na poziomie podstawowym, 30% odpowiedzi poprawnych daje nam zaliczenie, i idziemy na studia. Kiedyś trzeba było być choć ćwierćinteligentem, żeby dostać się na studia, dziś i tego nie trzeba. Brawo! Proponuję ustalić takie zasady naboru także medycynę. Zważywszy na determinację kandydatów na te studia, kolejka ustawi się z dwuletnim wyprzedzeniem. Zaangażuje się w stanie babcię, dziadka, czasem brata albo matkę na rencie i będzie dobrze. Tylko trzeba być konsekwentnym i zamiast egzaminów semestralnych wprowadzić zasadę, że wpis do indeksu dostaje się po odstaniu np. miesiąca w kolejce. W ten sposób studia uda się nie tylko rozpocząć, ale i skończyć tym, którym naprawdę na tym zależy.
No dobrze, ale ja tu dryfuję jak Alcybiades, a przecież miał być żart. Jak często zdarza się Wam roześmiać dźwiękowo "ha ha ha!"? Tak, wiecie, z gardła, a nie tylko w głowie. Mnie niezbyt często. A dziś rozbawił mnie anonimowy (szkoda!) słuchacz Polskiego Radia. Zadzwonił i oddał za darmo nowe przysłowie zainspirowane dawnym "Od świętej Anki chłodne wieczory i ranki". Brzmi ono tak:
Od świętego Jana
chłodno wieczorem,
a najbardziej z rana.
:D

Czas kończyć, bo kto wytrwa przy dłuższym tekście.
Dla odpornych na hałas, i dla pani z mojego spożywczaka, piosenka: