niedziela, 18 czerwca 2017

Refleksja odrobinę niepokojąca, ale bez przesady

Koleżanka Evascriba na swoim blogu przytoczyła wypowiedź emeryta, który oburza się tym, że młodzi ludzie się nudzą. On nie, bo nie myśli za dużo, tylko biega od rana do nocy, ciągle czymś zajęty.

Ja również nigdy się nie nudzę. Nuda to stan, który pamiętam mgliście z dzieciństwa. Nie pamiętam, kiedy zdarzyło mi się nudzić w dorosłym życiu. Nie znaczy to, że wszystko mnie interesuje. Ale nudzić się, a nie interesować tym, co się dzieje, to nie to samo. Na przykład na zajęciach z ekonomii politycznej potwornie chciało mi się spać i oczy zamykały mi się, mimo tego, że pan doktor stał trzy metry przede mną. Nie nudziłem się jednak. Było mi dobrze, odpływałem w niebyt, a słodki, jednostajny głos doktora M kołysał mnie i unosił niczym srebrny obłok na lazurowym niebie sennego popołudnia. W dzieciństwie nudziłem się w kościele. Jeśli teraz zdarzy mi się tam być, nie nudzę się. Moje zwoje mózgowe leniwie przetwarzają myśli i obrazy. Właśnie leniwie. Kilkanaście lat temu wymyśliłem na mszy algorytm do wyszukiwania danych. Teraz już nic nie wymyślam, a i tak mi się nie nudzi.
Chciałem nieskromnie a nawet arogancko napisać, że człowiek inteligentny nigdy się nie nudzi. Wiem, że naraziłbym się tym, którzy jednak czasem się nudzą. Naraziłbym się, bo nikt nie uzna sam siebie za mało inteligentnego. Nie napiszę tak jednak. Nie z obawy o to, że ktoś się obrazi.
Przyczyna jest inna. Mam psa, który jest naprawdę inteligentny i właśnie dlatego nudzi się, gdy nie ma zajęcia. Nosi go wtedy jak Żyda po pustym sklepie. Jego poprzednik był głuptasem i nigdy się nie nudził. Jeśli nie miał nic do roboty, spał, albo się przytulał do człowieka i leżał spokojnie. Czyżbym z wiekiem upodabniał się do psa głuptasa?

czwartek, 1 czerwca 2017

Takie czasy

Ukazała się książka, będąca zapisem rozmowy Andrzeja Werblana i Karola Modzelewskiego o wydarzeniach z okresu pierwszej Solidarności. Spokojnie. Nie zamierzam o niej opowiadać. Przeczytałem kilka fragmentów tej książki przedrukowywanych w prasie i pomyślałem: a czy to ma dziś jeszcze jakieś znaczenie? Ma znaczenie dla badaczy historii naszego kraju, książka jest cennym źródłem wiedzy o tamtym okresie, ale czy dziś coś z tego dla nas wynika? Mam wrażenie, że nie, że to już prehistoria. Znów poczułem się stary, bo pamiętam trochę tamte wydarzenia odległe o lata świetlne od teraźniejszości. Z drugiej strony nie było to aż tak dawno. Nie tak dawno, ale jednak bardzo dawno i jakby na innej planecie.
Patrząc na aktualną rzeczywistość mam wrażenie, że rządzą nami dziwni kosmici. Dziwni, bo nie są zieloni i nie mają antenek (chyba, że który założy beret), tacy kosmici zza stodoły. Dziwne podwójnie, bo ci kosmici pochodzą przecież z tamtej planety, którą pamiętam z dzieciństwa. Dlaczego więc są mi bardziej obcy niż Alf?

piątek, 26 maja 2017

Manchester

Po zamachu w Manchesterze, w którym znów zginęła garstka Europejczyków, ale co jest dla Europejczyków stokroć ważniejsze niż śmierć tysięcy ludzi w Syrii, Iraku albo dowolnym innym państwie niebiałego człowieka w typie nordyckim myślałem, aby coś na ten temat napisać. Nie napisałem, bo nie przyszło mi do głowy nic, co bym uznał za warte czytania przez innych.
Dziś przeczytałem tekst Agnieszki Wołk-Łaniewskiej w ohydnym dla wielu tygodniku NIE. Autorka pisze zawsze bardzo dobrze. Czasem wyjdzie jej spod pióra coś, czego sam bym nie napisał równie dobrze, a jest również moją myślą. Oto jak skomentowała wystąpienie posła Budki na temat zamachu, w którym to wystąpieniu pan poseł był łaskaw stwierdzić, że to "wojna cywilizowanego świata z terroryzmem":
...gdy "cywilizowany świat" zaczął porywać, torturować i przetrzymywać latami bez sądu podejrzanych o terroryzm, najczęściej bez cienia dowodów, gdy zaczął mordować ludzi za pomocą dronów, nie bacząc na "szkody kolateralne", czyli setki tysięcy rozwalonych niechcący cywilów, gdy zaczął najeżdżać i okupować kraje, które w żaden sposób go nie zaatakowały - to ten prosty westernowy podział się skończył. Dziś to jest wojna terroryzmu radykalnego islamu z terrorem państwowym Zachodu. I w dupę biorą oczywiście niewinni. Jak zawsze na tym bożym świecie.


środa, 17 maja 2017

Pewnego razu w Paryżu

Tony otworzył drzwi do swego ciasnego, ponurego mieszkania, w którym spędzał samotne noce.
- Wejdź. - powiedział do blondynki w długim futrze z norek. Przeprosił ją za to, że miejsce, do którego przyszli, nie wygląda zbyt szykownie, ale kiedy mężczyzna mieszka sam...
Poprosił, by usiadła. Nie skorzystała z zaproszenia. Stała spięta, oczekując na rozwój wypadków.
- Nieźle się urządziłaś. Zapuszkowali mnie w maju, a w czerwcu już byłaś na Riwierze z jakimś gigolo. Nie traciłaś czasu.
- Myślałam, że go kocham...
- Przestań, bo się rozpłaczę.
- To prawda, Tony.
Tony podszedł do Mado, wziął ją za rękę i uniósł brew z podziwem, przyglądając się okiem fachowca wielkiemu brylantowi na jej palcu. Niezła błyskotka - powiedział. Usiadł przy stole.
- Chcę ci pomóc, Tony.
- Nie żartuj!
Tony pobawił się chwilę kartami do gry.
- Zdejmij pierścionek i połóż na stole. - zakomenderował.
Mado zdjęła brylant bez namysłu.
- Teraz bransoletkę.
Wykonała polecenie bez szemrania i natychmiast, nie czekając na kolejny rozkaz, zdjęła z siebie resztę biżuterii.
- A teraz futro. - rzucił Tony.
Zdjęła więc futro. Kazał zdjąć sukienkę. Uczyniła i to.
- Resztę też! 
Można było pomyśleć, że Tony zamierza spieniężyć klejnoty, może nawet futro, ale sukienkę, halkę?
Czyżby chciał... ? Nie. Patrzył na Mado jak Adolf Hitler na swoich generałów w momencie odbierania meldunku o kolejnym dniu planowego odwrotu swoich wojsk na froncie wschodnim.
- Zawsze o tobie myślałam, Tony. Uwierz mi!
Tony chwycił skórzany pasek, wiszący na wieszaku, akurat pod ręką, i uderzył Mado raz, drugi, trzeci. I jeszcze raz, i jeszcze. Z całej siły. Z zimną mocą, jaka kieruje ręką człowieka zdradzonego przez kobietę, czekającego w więzieniu po nieudanym skoku na ten moment przez pięć lat.
Wreszcie rzucił pasek. Miał dość. Mado prawdopodobnie też.
Ubieraj się! - krzyknął.
Mado pośpiesznie założyła sukienkę. Jeszcze jej nie dopięła, kiedy Tony chwycił ją stalowym uściskiem za ramię i wyrzucił na klatkę schodową.
- Precz!
Wzburzony zatrzasnął drzwi. Jego wzrok padł na futro i biżuterię Mado. Chwycił rzeczy, otwarł drzwi i z wściekłością cisnął je w ślad za kobietą. Nie płakała. Wiedziała, że odebrała słuszną karę od szlachetnego człowieka, od przestępcy, ale przecież uczciwego i sprawiedliwego.
Teraz Tony mógł już wziąć do ręki telefon i oznajmić Jo, że robota, którą proponuje Mario jednak go interesuje.

Opisana scena rozegrała się w roku 1955 w filmie Rififi Julesa Dassina. Nawiasem mówiąc mocno przypominającym nasz Vabank, tyle, że Vabank to komedia, a Rififi to dramat, kończący się tragicznie. W roku 1955 były inne samochody i inne ubiory niż dziś. Alarmy w sklepach jubilerskich też były inne. Dziś w filmach widzimy promienie laserów i mrugające diody. Włamywacz spuszcza się z otworu w suficie na lince cienkiej jak struna, ubrany w obcisłe elastiki, żeby było widać muskulaturę aktora, mozolnie rzeźbioną na siłowni. W Rififi urządzenie alarmowe mieści się w blaszanej skrzynce ze szkolnym dzwonkiem, włamywacze idą na robotę w garniturach, schodzą do jubilera po konopnej linie z supłami, żeby mieli na czym oprzeć stopy w lakierkach. To nic, że robota brudna i garnitury mają upaprane. Mają przecież jeszcze eleganckie płaszcze z wełny i kapelusze.
W 1955 r. kobieta gangstera była jego własnością. Jeśli okazała się niewierna, mógł i powinien ją sprać a następnie wyrzucić jak ścierkę. Ona wiedziała, że słuszne to i sprawiedliwe, więc nie protestowała. Przypuszczam, choć tego nie wiem, że i dziś kobieta gangstera jest bardziej rzeczą niż człowiekiem i jak rzecz do gangstera należy.  Ale dziś chyba nikt nie ośmieliłby się pokazać tego w filmie w taki właśnie sposób. Tyran bijący kobietę musiałby być prymitywnym bandytą, czarnym charakterem wzbudzającym odrazę u widza. Tony tymczasem bardziej przypominał gruźlika piszącego romantyczne wiersze niż chamskiego prymitywa. Tony'emu chodziło o sprawiedliwość. Był wrażliwy, uratował dziecko z rąk bandziora o czole neandertalczyka. Był szlachetny aż do końca. Swojego i filmu.
To dobry film, ale dziś już Tony nie postąpiłby tak z Mado. I słusznie.


piątek, 12 maja 2017

Wesołe igraszki

Najpierw media zapodały, że politycy Platformy złożyli do prokuratury doniesienie na polityków PiS, że ci mogli popełnić przestępstwo, polegające na ujawnieniu tajemnicy państwowej osobom niepowołanym. Wczoraj usłyszałem, że politycy PiS złożyli doniesienie na polityków Platformy, że ci dopuścili się przestępstwa, polegającego na zarzucaniu politykom PiS, jakoby oni mogli dopuścić się przestępstwa. Koncept prosty i przedni zarazem. Jeśli ktoś mówi, że popełniłeś przestępstwo, donieś na niego, że cię oczernia. Teraz potrzeba tylko jednego. Prokuratura powinna stwierdzić, że nie będzie prowadzić śledztwa przeciwko politykom PiS, tylko przeciwko politykom Platformy, gdyż ostatni ma zawsze rację. Szkopuł tylko w tym, że politycy Platformy mogą złożyć nowe doniesienie na polityków PiS, że ci złożyli nieprawdziwe doniesienie, jakoby politycy Platformy złożyli nieprawdziwe doniesienie, że politycy PiS mogli popełnić przestępstwo. Co prawda wiadomo, że nie mogli, gdyż politycy PiS nie popełniają przestępstw z definicji, a politycy Platformy wręcz przeciwnie, ale póki co nie ma takiego prawa, żeby politycy Platformy nie mogli sobie składać doniesień, jakie im przyjdą do głowy. Grozi więc "operacja Rolada", jak to nazwał Andrzej Zaorski w swoim skeczu z przed wielu lat. Tam chodziło o to, że jedne wojska oblegały inne, w twierdzy, ale oblegający też byli oblegani z zewnątrz, a oblegający oblegających, znów oblegani itd. Tutaj może być podobnie.
Gdyby to były Niemcy lat trzydziestych, przyszłość Platformersów rysowałaby się w czarnych kolorach, ale u nas nie będzie grozy, mam nadzieję, u nas będzie żenada. Nic nowego. Zatem - cieszmy się słońcem! Nareszcie ciepło!

niedziela, 7 maja 2017

Bo się, k... rozpłaczę ze współczucia

Uprasza się o nieczytanie tego tekstu osoby, które:
a) są lekarzami,
b) mają lub miały lekarza w rodzinie,
c) chcą być lekarzem,
d) kształcą dzieci na lekarzy,
e) inne, podobne,
bo i tak się nie zrozumiemy.

Na stronie gazeta.pl zmieszczono reportaż o ciężkiej doli początkujących lekarzy. W skrócie chodzi o to, że lekarz rezydent zarabia na rękę 2200 zł na etacie, więc musi dorabiać. Musi? Musi zrobić obowiązkowo 4 dyżury w miesiącu po 400 zł. Czyli razem, z obowiązkowej pracy, dostaje 3800 zł. To mu uwłacza, więc zapierdala na dodatkowych fuchach jaki dziki osioł, bez opamiętania, bez umiaru, bez krzty zdrowego rozsądku, aż padnie na ryj. W reportażu padnięcie na ryj opisane jest jako zasypianie za kierownicą samochodu i powodowanie zderzeń. Nic dziwnego, skoro gostek kilka razy w miesiącu pracował po 32 godziny bez przerwy. W "swojej szczytowej formie", jak mówi bohater reportażu, robił dziesięć dyżurów miesięcznie. A to nie wszystko, co robi. Mamy więc obraz idioty, który nie zna granic swojej wytrzymałości, a jak pozna, to i tak ma to w dupie, brnie dalej. Uważa, że musi. Jest tak oczadziały wizją celu, że po drodze gotów jest zabić siebie i innych, czy to po dyżurze, za kierownicą, czy na dyżurze, z przemęczenia (zwierza się, że chodziło mu tylko o to, aby nikt nie umarł w czasie jego dyżuru). Nic się nie liczy. Jest tylko jeden cel: kasa. Tak, kasa. Wielka kasa, którą zarobi, kiedy wreszcie po wielu latach ciężkiej nauki i upokorzeń zrobi specjalizację i będzie mógł się odkuć. Kasa prowadzi takiego człowieka od początku, do końca. Oczywiście, kiedy ma jej już dużo, powszednieje mu i nie robi wrażenia, jak wszystko, ale kiedy jej jeszcze nie ma tyle, ile by chciał, działa jak narkotyk.
Cała ta patologia jest wynikiem feudalnego systemu w świecie lekarzy oraz ukształtowanego w społeczeństwie obrazu lekarza-bogacza. Kandydat do zwodu ma to wdrukowane w mózg i nawet gdyby nie chciał, to musi rwać szmal, bo inaczej sam siebie uzna za chorego albo za nieudacznika. Zaczyna więc zaraz po studiach.
W innych zawodach na początku też się zarabia grosze, znacznie mniejsze niż 3800 zł. Za takie pieniądze, i za mniejsze, wielu wykształconych ludzi pracuje do końca życia. Nikogo nie cieszy, że na początku zarabia mało, ale jest to uznawane za normalne. Tylko lekarz uważa, że potrzebuje 10 tysięcy na miesiąc, bo inaczej nie może żyć. Nawiasem mówiąc, nie wiem, po co mu tyle kasy, skoro mieszka w szpitalu.

Po co o tym piszę? Nie po to, żeby dyskutować, ile powinien zarabiać lekarz po studiach. Ani nie po to, żeby się spierać, jak bardzo wyjątkowy to zawód i jak odpowiedzialny. Czy odpowiedzialny na 4 tysiące, czy na 8 tysięcy. A może 6725 zł i 20 gr na miesiąc? Nie chodzi też o to, jakie są warunki pracy, jak zbudowana służba zdrowia itd. To wszystko jest ważne i wiem, że nie jest dobre. Chodzi o co innego. O to, co mają w głowach ludzie, którzy tak rozumują. O to, że uważają, że postępują właściwie. Że nie umieją się powściągnąć, że całe ich zawodowe życie, od momentu rozpoczęcia studiów jest nastawione tylko na to, żeby w końcu się nachapać. To jest patologia. Nie to, że chcą żyć dostatnio, bo każdy chce. Nie to, że chcą być bogaci, bo czemu nie? Ale to, że nie widzą już nic innego i w dupie mają otaczającą ich rzeczywistość. To nie jest normalne. I proszę mi nie mówić, że obrażam szlachetnych, dobrych, ofiarnych lekarzy z powołaniem. Tacy też są. Mówię o ogólnej prawidłowości, od której są tylko wyjątki. A może wyjątkowi są bohaterowie reportażu, może to nieliczni dewianci z mózgiem rozmiękczonym żądzą pieniądza i niewyspaniem? Jeśli tak, to po co o nich pisać w stylu, który ma wywołać współczucie? U kogo? U nas??? No cóż. Podobno Piotr Gąsowski musiał sprzedać z biedy swoje porshe. Jeśli to prawda, to też mu współczuję. Jak lekarzom.

środa, 3 maja 2017

O nieomylności boskiej.

Nareszcie skończył się bardzo długi weekend. Ludzie wrócą do pracy i kraj zacznie znowu działać. Nie to, żebym nie lubił wypoczynku. Nie... Gdybym zarabiał trzy razy tyle, ile zarabiam, mógłbym mieć długie weekendy co miesiąc. I pracować cztery dni w tygodniu. Może nabyłbym jakiś domek w Portugalii, żeby tam sobie wpadać raz na miesiąc? Albo żeby chociaż ciepło było. Nie wymagajmy jednak za wiele. Dobry Bóg spuścił na nas święto trzeciego maja, a marksiści pierwszego. Pan Bóg zrobił to bardzo zręcznie, tworząc układ długoweekendowy. Godzi się też zauważyć, że lokując działania konstytucyjne naszych przodków 3 maja, dowiódł swojej nieomylności. Kto inny w 1791 r. wiedziałby, że potem wejdą robotnicy z 1 maja a jeszcze później zapanuje moda na długie weekendy.
Co prawda na usta ciśnie się pytanie, czemu ta akcja z konstetucją tak kijowo skończyła się dla naszego kraju, ale nie bądźmy upierdliwi. Chodziło o długi weekend. Po prostu.