czwartek, 3 maja 2018

W nocy z 2 na 3 maja

W tygodniku NIE jest taki fajny rysunek. Reporter pyta facetkę: jak pani spędza wolny czas? Na co ona odpowiada: nie czytam książek. Gdyby ktoś był ciekaw, jak ja świętowałem Dzień Flagi, to odpowiadam: analogicznie do tego, jak pani z rysunku spędzała wolny czas. I jeszcze dodam, że podobnie będę świętował dzień 3 Maja. A to dlatego, że wspominanie z dumą Konstytucji 3 maja kojarzy mi się z tym, jakby ktoś w swoim samochodzie nigdy nie zmieniał oleju, nie pompował kół, zamiast benzyny wlewał do baku zmywacz do paznokci, nie reagował na to, że złodzieje ukradli mu lusterka, że na karoserii wypisują gwoździem słowa na ch i k, że na tylnym siedzeniu sąsiad hoduje swoje kury, że w bagażniku drugi sąsiad urządził sobie inspekt, że koła dawno już odkręcone, pod maską brak akumulatora, gaźnika i chłodnicy, i nawet kierownicy nie ma, bo też się komuś przydała, a tu nagle, pewnego pięknego dnia właściciel się budzi, krzyczy: jam jest syn prześwietnego narodu, potomek towarzyszy pancernych spod Wiednia i Chocimia, czas mi w drogę, Rajd Dakar czeka! Po czym schodzi w gaciach na podwórko, oblepia truchło auta napisami TEAM, RALLY i innymi ładnie brzmiącymi, np. MONTE CARLO, siada na podłodze, bo przednie siedzenia też już zajumane i robi paszczą: brrrym, brrryyyyymmmm, brrrrryyyyyyymmmmmm!

A w ogóle to nie świętuję, bo jestem... No nie wiem, jak to się nazywa. I tyle.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Lemur a przyszłość Polski

Mamy sezon egzaminów. Dopiero co młodzież gimnazjalna je zdawała, a sądząc po kasztanowcach, niedługo będą zdawać maturzyści. Rozwiązałem więc quiz  z pytaniami dla gimnazjalistów, żeby przekonać się, czego nie wiem. Nie zawiodłem się. Powiem więcej. Pomysłowość układaczy pytań wywołała mój niekłamany podziw dla ich inwencji. Niestety, treść pytań skłoniła mnie też do smutnej refleksji, którą się podzielę, bo lubię narzekać (przynajmniej to upewnia mnie, że jestem Polakiem, inne cechy mniej do mnie pasują).
Żeby nie przedłużać, od razu powiem, że nie wiedziałem, że bitą śmietanę wytwarza się przy pomocy tlenku azotu. Ja robię to trzepaczką, bo jestem staromodny. Właściwie to robiłbym, gdybym robił w ogóle. Nie odgadłem też  intencji pytającego o drogę impulsu podczas odruchów uruchamianych w celu utrzymania równowagi. Zaznaczyłem odpowiedź, gdzie napisano, że droga ta biegnie od mięśni przez móżdżek do narządu równowagi. Źle. Chodziło o bieg impulsu w drugą stronę. Ech, durny ja. Za to dałem radę z lemurem katta (znacie lemury katta, no nie?), ale tylko dzięki chłopskiemu rozumowi, a nie wiedzy zoologicznej. Należało powiedzieć, po czym poznajemy, że lemur katta jest ssakiem. Oczywiście nie po tym, że ssie cycka, ha, ha! Po tym, że ma ucho zewnętrzne. Do wyboru były jeszcze: cztery kończyny, ogon i palce. Szybki ogląd obrazu krokodyla w pamięci doprowadził do konstatacji, że krokodyl ma cztery łapy, ogon i palce, a jednak nie jest ssakiem. Zostało ucho. Rzeczywiście, nie widziałem na żadnym filmie krokodyla strzygącego uszami.
Dowcipni egzaminatorzy kazali mi odpowiedzieć, które z cech środowiska przyrodniczego Japonii nie sprzyjają jej rozwojowi gospodarczemu. Wspaniały pomysł. Tak właśnie należy się uczyć. Dlaczego państwo, które powinno być biedne, jest bogate? Dlaczego państwo to jest zadłużone po uszy, a jednak wiarygodne i zamożne? Dlaczego ludzie, którzy nawet nie nauczyli się od nas jeść widelcem, wytwarzają zaawansowane technologicznie urządzenia itd. Niestety, trochę nie wyszło. Test był przyrodniczy, więc uczniowie musieli wybierać płyty litosfery, góry i marne zasoby naturalne. Powinni zatem dojść do wniosku, że skoro u nas nie ma trzęsień ziemi, kraj jest płaski i w dodatku leży na węglu, to mamy zadatki na  poziom życia jak w Szwajcarii, czyli kraju równie jak nasz płaskim, tektonicznie spokojnym no i leżącym na ropie, jak wiadomo. Inne pytania z testu pominę, bo te już dają obraz sytuacji.
Nafaszerowani lemurami katta, tlenkiem azotu, nędzą Japonii będziemy sobie chodzić dumni z własnej wspaniałości intelektualnej, pętając się na peryferiach zachodniego świata. I nie będziemy rozumieli, dlaczego ciągle tam przypada nam miejsce, więc niczego nie poprawimy. Tam do katta!

środa, 11 kwietnia 2018

Krótka refleksja po 10 kwietnia

Nie sądziłem, że obchody rocznicy katastrofy smoleńskiej mogą pobudzić mnie jeszcze do jakiejkolwiek refleksji. Wszystko zostało już po sto razy powiedziane. A jednak zawsze można coś "odkryć", jakąś swoją Amerykę.

Do tej pory sądziłem, że Polacy lubują się w rozpamiętywaniu klęsk i tragedii, które ściągnęli sobie na głowy, mniemając, że to fatum, pech, sprzysiężenie złych mocy itp., i że czynią to niejako z konieczności genetycznej wobec faktów. Że skoro już klęski się wydarzyły, to oni muszą je czcić, bo taki mają genom. W tym roku dochodzę do wniosku, że jest jeszcze gorzej. Polacy wybierają sobie na przywódców ludzi, którzy PRAGNĄ  martyrologii. Jeśli ona na nich nie spada, to czekają na nią jak na łaskę, hodując w sercach nadzieję, że męczeństwo będzie im dane. Nie im dokładnie, tylko ich rodakom, bo z oczywistych względów swoim męczeństwem nie ma jak się cieszyć. Każde pokolenie łaknie swoich męczenników. Przez długi czas po wojnie potrzebę tę zaspokajała katastrofa wojenna. Ale po latach coraz więcej było ludzi, którzy wojny już nie pamiętali a tęsknotę do martyrologii wyssali z mlekiem matki. Stąd kult księdza Popiełuszki.
Jeden Popiełuszko nie mógł zaspokoić potrzeb martyrologicznych. Martyrologia musi być masowa, żeby była martyrologią. I oto w 2010 roku mamy blisko setkę trupów, w tym liczne osoby wysokiej rangi. To nic, że ludzie zginęli w katastrofie, a nie w boju i nie za ojczyznę. Zginęli i to się liczy. Resztę się zrobi. Intensywna potrzeba posiadania odpowiedniego nieszczęścia do obchodzenia została zaspokojona. Tysiące Polaków mogą nasładzać się smutkiem co miesiąc. Nie rozumiem ich, ale cóż... nie tylko w tym nie rozumiem rodaków.

czwartek, 29 marca 2018

Podrowienia dla świata z domu wariata, czyli...

...najwspanialszy zakup w dziejach polskiej armii.

Mówią, że kupujemy od Amerykanów wyrzutnie rakiet Patriot. Na początek wydamy 4,75 miliarda dolarów i to jest podobno bardzo tanio. Cudnie. Cały zakup ma nas kosztować 50 miliardów złotych. Za te niebotyczne pieniądze dostaniemy rakiety do obrony Warszawy i Redzikowa. Czemu Redzikowa? Bo tam ma stanąć amerykańska instalacja wojskowa. Znaczy zrujnujemy się finansowo, żeby chronić amerykańską bazę, która może nawet nie powstać. Reszta kraju i tak chroniona nie będzie. Widocznie wystarczy, jak wojnę przetrwa Warszawa i Redzikowo. To będzie nasze zwycięstwo. Trudno powiedzieć, czego stolicą będzie wtedy Warszawa. Może ziemi redzikowskiej? Wątpię. Jeśli Amerykanie tam się usadowią, to nie będziemy mieli nic do powiedzenia w sprawie tego, co tam się będzie robić.  Z kim mamy walczyć amerykańskimi rakietami? Z Rosją, oczywiście.
Już kiedyś pisałem o absurdzie planowania wojny z Rosją, więc nie ma co się powtarzać. Kilkoma rakietami wystraszymy armię rosyjską i zmusimy Putina do negocjacji? Yhm. Tak głupie, że nawet nie śmieszne. Uważam, że każdego wojskowego, który choćby rozważa wojnę z Rosją, należy odesłać w trybie natychmiastowym do cywila z zakazem wypowiadania się i pisania w gazetach. Jeśli nie obieca milczeć, to uciąć język i obie ręce. Sprawa jest zbyt poważna, by okazywać słabość. Każdego polityka, który wojnę wyobraża sobie jako okazję do czynów heroicznych, należy w kaftanie bezpieczeństwa izolować od społeczeństwa, a tych najbardziej zatwardziałych zamykać w jednej sali z Antonim Macierewiczem. Taki karcer. Wiem, że sala musiałaby być duża. To nic. Bezpieczeństwo wymaga ofiar, jak uczy generał Bieniek. Jestem gotów odżałować na ten cel katowicki Spodek, Halę Stulecia we Wrocławiu, a najchętniej Stadion Narodowy w Warszawie. Ma dach. jak się uda go zamknąć, to odosobnieni przetrwają.
Za 50 miliardów złotych można by nieźle wyposażyć i wyszkolić nasze siły lądowe, żeby były w stanie wygrać wojnę na przykład z Ukrainą. Można zbudować sto tysięcy domów jednorodzinnych, albo zapłacić za operacje miliona pacjentów, co zapewne zredukowałoby kolejki do zera. Można by zrobić dziesiątki pożytecznych rzeczy, ale nie, nie u nas.
Staram się nie denerwować podobnymi informacjami od czasu, kiedy przeczytałem, że denerwowanie się sprawami, na które nie ma się wpływu, świadczy o głupocie.
Proszę o duchowe wsparcie moich starań.

poniedziałek, 19 marca 2018

We wszystkim dobrze, ale...

...w słuchawkach najlepiej.

Dziś krótki tekst o wyższości słuchawek nausznych nad słuchawkami wszelkich innych typów.

Mam słuchawki douszne, takie zwykłe, małe, wiecie, co się wkłada do ucha i się trzymają, chociaż nie za dobrze. Są niezłe, spełniają swoją rolę, ale są najsłabsze.
Mam słuchawki dokanałowe, takie małe gówienka, które wtyka się w uszy jak korki przeciwko hałasom nocnym. Te są już lepsze, ale trochę nieprzyjemne.
Mam też tradycyjne słuchawki nauszne, takie w jakich szyku zadają radiowcy. I te są zdecydowanie najlepsze. Dlaczego?Ano dlatego, że najlepiej chronią uszy przed zimowym wiatrem.


poniedziałek, 12 marca 2018

Wiosna

Dawno mnie tu nie było... To przez mrozy, które ścisnęły. Ścisnęły i nie puszczały. Na szczęście już puściły i można chodzić bez kalesonów... Tulipany i krokusy się puściły. Ptaki odzyskały głos. Słońce przygrzewa już nie zimowo. Słowem - życie budzi się do życia. Rzyć też...
Tylko w polityce naszej taka wiosna, że żal rzyć ściska.

Rząd pracuje od miesiąca nad światową popularyzacją wiedzy o tym, kim byli szmalcownicy (ciekawe, jak piszą w USA? Schmaltzovnik?) oraz utrwaleniem w świadomości zainteresowanych faktu, że Żydów w czasie II wojny światowej zabijano głównie w Polsce. 

W kraju rząd usiłuje z kolei przekonać swoich obywateli, że generał Jaruzelski wielkim zdrajcą był. Niepotrzebnie. Przekonanych przekonywać nie trzeba, a ci co w te bzdury nie wierzą, przekonać się nie dadzą. Typowo nasza, polska głupota i brak pragmatyzmu. 

Wczoraj umarła wolność handlu. Teraz dostęp do sklepów w niedzielę będzie reglamentowany. Ciekaw jestem, co zrobi suweren? Opcje są dwie. Pierwsza: będzie się wkurzał i rząd wycofa się z zakazu handlu w niedzielę. Druga: naród nasz, jak to on, ponarzeka, pozrzędzi, a potem przyzwyczai się, że w niedzielę siedzi się przed telewizorem, tak jak to było trzydzieści lat temu i tyle. W przypadku nr 2 rodzi się pytanie, jak to wpłynie na frekwencję na mszy niedzielnej. I tu znowu są dwie opcje plus trzecia dodatkowa. Pierwsza: lud przeniesie się z galerii handlowych do domów bożych. Druga: skoro nie będzie można pójść po kościele do galerii, to po co się ruszać sprzed telewizora. Trzecia: w kościołach nic się nie zmieni. Albowiem, jak mawiał trener Kazimierz Górski, mecz można wygrać, można przegrać, albo zremisować.

Głupcy zwykle przegrywają.

Z wiadomości optymistycznych jest taka, że skowronki już śpiewają. Ale to nie w mieście, więc nie dla wszystkich. Jak wszystko.

niedziela, 4 lutego 2018

Zagadka

Dziś, w ramach niedzielnego relaksu, zagadka. Żadnych tam poważnych tematów.
Proponuję nowy herb dla jednego z polskich miast :)
Jakie to miasto?



Wersja extended:


Dodatek specjalny - herb miasta, które w lutym obchodzi swoje 92 urodziny.