środa, 29 listopada 2017

Sylvester roku 1987

Pamiętacie, co robiliście 29 listopada 1987 r.? Ja tak.

Siedziałem w małej salce, wsuwałem gorące kiełbaski z termosu i oglądałem filmy z kasety VHS. Fajne filmy. Jeden to Commando z Arnoldem Schwarzeneggerem a drugi Cobra z Selvestrem Stallone. Ach, jaki czad! W 1987 roku to było coś. Video! Filmy akcji! Słowo WOW! nie było jeszcze w powszechnym użyciu. Nie mówiło się też, że coś jest zajebiste. Jak się wtedy mówiło? Tego już nie pamiętam, ale jakoś musiało się mówić, skoro były takie filmy. Wiele jeszcze księżyców musiało się odmienić, zanim kupiłem kolorowy telewizor i magnetowid, więc film video smakował mi wtedy jak dziś kawior. Bo na filmach dziś zasypiam, a filmów strzelanek nawet nie próbuję oglądać. Żebym mógł się cieszyć własnym video, musiał upaść stary porządek. I właśnie ten stary porządek zrobił znaczący krok w stronę swojego upadku 29 listopada roku 1987. Odbyło się wtedy referendum, w którym suweren (jeszcze wtedy nie wiedział, że tak się nazywa) miał odpowiedzieć na mgliste pytanie, czy chce, żeby było kiedyś lepiej, bo jak tak, to najpierw będzie gorzej. I odpowiedział, że chce, ale frekwencja była niewystarczająca i referendum nie było wiążące.

Byłem członkiem komisji w jednym z lokali wyborczych. Miałem to szczęście, że rzucono mnie na odcinek z lokalem wyborczym w zakładzie przemysłowym, a nie w jakiejś marnej szkole podstawowej, jak to często bywa do dziś. Dzięki temu mieliśmy zakładowe video i zakładowe gorące kiełbaski. Część wysokiej komisji dyżurowała przy urnie, a część jadła kiełbaski na zapleczu przy dźwiękach neverending serii z karabinu Schwarzeneggera. Bo jemu, jak wiecie, amunicja nigdy się nie kończy. Arnold wygrywał, więc i my czuliśmy się dobrze i mieliśmy wysokie morale. Naprawdę, pierwszą rzeczą, jaką musi zapewnić dowództwo swojemu wojsku, jest żarcie i rozrywka. Jeśli to jest, to reszta też pójdzie. Nam poszło świetnie. Byliśmy pierwszą komisją, która policzyła głosy i oddała je do wyższej komisji po zamknięciu naszego lokalu gastronomicznego. Przepraszam, wyborczego. I powiem wam, że nie było oszustwa przy liczeniu głosów. Wyniki podaliśmy prawdziwe. No... prawie. Przewodniczący komisji zebrał w garść głosy nieważne i wrzucił je do kosza ze słowami "to jest niepotrzebne". Głosy ważne policzyliśmy rzetelnie. Wszystko zrobiliśmy jak należy.
Wróciłem do domu najedzony, rozerwany i zadowolony. Kto wie, może za kilkanaście lat będę sobie puszczał Commando, żeby usłyszeć kultowy tekst:
-   A teraz Zielony Beret skopie ci dupę. [czarny charakter do białego Arnloda]
- Zielone Berety jadam na śniadanie. [biały Arnlold do czarnego szwarccharakteru]
Łza mi się w oku zakręci na wspomnienie roku 1987. 
Tak będzie kiedyś. 

Na razie uśmiecham się ciepło na wspomnienie mojego pierwszego bliskiego spotkania z Sylvestrem i Arnoldem. I jeszcze uśmiecham się melancholijnie na myśl o tym, jaki śmieszny jest ten świat, w którym najpierw władza oskarżana dziś o tyranię pyta nieśmiało lud, czy zaakceptuje pewne wyrzeczenia w imię lepszego jutra a po dwóch latach władza zrodzona z wolności i demokracji o nic ludu nie pyta, tylko bierze solidny zamach i kopie klasę robotniczą w dupę z taką siłą, że ta ciągle jeszcze leci, leci i leci ku świetlanej przyszłości.

piątek, 24 listopada 2017

Dziś krótko

Lubicie krzyżówki? A krzyżówki z przymrużeniem oka? Ja lubię.
Krzyżówki Wam nie zaserwuję, ale jedną małą zagadkę tak.

Co to za piosenka: śpiewał ją kiedyś Mark Knopfler i jest o gejach ;)


poniedziałek, 13 listopada 2017

A mówią, że Kim Dzong Un jest szalony

Przeczytałem niedawno wywiad z jednym z generałów naszej prześwietniej armii. Generał był, oczywiście, zdymisjonowany, bo takich teraz najwięcej i to z nimi robi się wywiady. Pan generał, niestety nazwiska nie pomnę, był nie byle kim, tylko wielką szychą w naszym niezwyciężonym lotnictwie. O ile jest dla mnie oczywistym, że minister Macierewicz upadł w dzieciństwie na główkę i to nie raz, o tyle od byłych generałów oczekiwałem powagi i odpowiedzialności, trzeźwego patrzenia na świat. A tu zonk.
Pan generał ubolewał mianowicie, że pociski manewrujące JASSM-ER o zasięgu prawie 1000 km, których zamówiliśmy 70 sztuk, nie będą mogły być wykorzystane, albowiem brak nam samolotów-cystern do tankowania w powietrzu samolotów bojowych, które te pociski mają podwozić w pobliże celu, czyli na odległość poniżej 1000 km. Drogi czytelnik zapyta pewnie, gdzież to chcemy lecieć i dokąd wysyłać nasze śmiercionośne pociski JASSM? Jakież to państwo chcemy zaatakować siedemdziesięcioma pociskami, aby je rzucić na kolana i zmusić do skamlenia o pokój? Czyżby Andorę? A może Kiribati lub Trynidad i Tobago? Cóż nam zrobiły te państwa? Otóż nie! Zgodnie z tym co powiedział pan generał, nasze samoloty miałyby polecieć nad Zatokę Fińską, bo to wody międzynarodowe. Stamtąd do PEWNEJ STOLICY jest już mniej niż 1000 km i to w linii przebiegającej wyłącznie nad terytorium PEWNEGO PAŃSTWA. Tam właśnie odpaliłyby nasze ukochane JASSMy. Pan generał nie sprecyzował, czego się spodziewają nasi sztabowcy po takim hipotetycznym ataku i dobrze. Prawdopodobnie spodziewają się potężnego wkurzenia władz PEWNEGO PAŃSTWA, bo chyba nie zwycięstwa, zważywszy na tego państwa rozmiary i potencjał. Świadczyłoby to o tym, że nasze bezpieczeństwo jest w rękach paranoików. Być może pan generał mniema, że w ślad za naszymi siedemdziesięcioma JASSMami nadleci siedem tysięcy amerykańskich, ale ja bym raczej zapytał, czy Amerykanie nie mają takiego pstryczka, który pozwala zdalnie wyłączyć każdy pocisk przez nich wyprodukowany, gdziekolwiek on by się znajdował i przez kogokolwiek byłby odpalony.
I my chcemy być poważnie traktowani?
Nie wiadomo, kogo bardziej się obawiać, obcych, czy własnych generałów.

czwartek, 2 listopada 2017

Gdzie jest granica absurdu?

Na początek mały "disclaimer". Molestowanie seksualne nie jest zabawne ani dopuszczalne. Jest złem, narusza godność człowieka. Nie uważam, że to problem wymyślony, ale...

... Kevin Spacey przeprosił niejakiego Anthony'ego Rappa za to, że w roku 1986... położył się na nim. Anthony po 31 latach nagle poczuł traumę i postanowił obwieścić światu straszną prawdę. Kevin Spacey położył się na nim! Pomijam wyrozumiale milczeniem okoliczności zdarzenia. Nie pytam, czemu czternastoletni szczyl włóczył się z dorosłym Spacey'em po nocnych klubach, czemu przyszedł do niego na party, czemu polazł do jego sypialni, włączył TV i czekał tam, aż wszyscy goście wyjdą. Może w Ameryce to normalka. Oczywiście, że w ten sposób nie prowokował niczego, bo jak się włazi do czyjejś sypialni w nocy i siedzi w niej godzinami, to nie znaczy to nic poza tym, że tam był akurat telewizor. Spacey powinien powiedzieć: Oh, Anthony, nie przeszkadzaj sobie, ja się już położę, wybacz, a Ty sobie oglądaj dalej, tylko ścisz trochę, bo mi się będą głupoty śniły, you know. Anthony dooglądałby sobie film i poszedł do domu. Czemu oglądał filmy w sypialni Kevina? Bo mu się nudziło na przyjęciu. Aha. Wydawało mi się, że jak się ktoś nudzi na imprezie, to mówi, że musi jutro wcześnie wstać, więc przeprasza i wychodzi. Widocznie w roku 1986 w Ameryce robiło się inaczej.
Mało ważne jest, co robił Anthony w domu Kevina i co sobie myślał, albo czemu nie myślał. Ale, do cholery, minęło 31 lat! I po tylu latach gostek wyskakuje z sensacją, że pijany aktor się na nim położył? Bo nic więcej już nie było do opowiedzenia. A ten aktor, dziś wielka gwiazda, kaja się, przeprasza i kruszeje jak perliczka za oknem? Czy świat jest normalny? Ja bym powiedział Rappowi: Antek, spierdalaj ze swoimi sensacjami. I tyle.

Długo nie trzeba było czekać i mamy następną rewelację. Tym razem potworem okazał się uwielbiany przez kinomaniaków Dustin Hoffman. Albowiem człowiek ten pozwolił sobie na obsceniczne żarty słowne w złym guście, zapewne obowiązującym w jego środowisku. Bo był to rok... ależ tak! 1985! Czyli 32 lata temu. Molestowana naonczas Anna Graham Hunter popłakała się w ubikacji. Popłakała się, bo Hoffman obleśnie świntuszył, a ekipa rechotała. Pani Hunter, wtedy dziewczyna, była ponadto łapana cztery razy za tyłek. Minęły 32 lata, ale pamięta, że cztery razy i że za każdym razem uderzała mocno aktora i mówiła, że jest obleśnym starcem (lat 48). Mogło to wyglądać tak:
Dustin łapie Annę za tyłek.
- Ty obleśny starcze! - mówi Anna i uderza Dustina. Niestety, nie wiemy gdzie. Idą do limuzyny.
Dustin łapie Annę za tyłek po raz drugi.
- Ty obleśny starcze! - mówi Anna i uderza Dustina. Cały czas zmierzają do jego limuzyny.
Dustin łapie Annę za tyłek po raz trzeci.
- Ty obleśny starcze! - mówi Anna i uderza Dustina. Limuzyna coraz bliżej.
Dustin łapie Annę za tyłek po raz czwarty.
- Ty obleśny starcze! - mówi Anna i uderza Dustina. Wsiadają do limuzyny. Kurtyna.
Anna nie wyjaśnia, czemu po pierwszym łapnięciu za pupę nie dała Dustinowi w pysk i nie odwróciła się na pięcie, nie odeszła. Nie wyjaśnia też, dlaczego w pierwszy dzień zrobiła mu masaż stóp. To znaczy wyjaśnia, że on poprosił. Tylko tyle. Tu przypomina mi się rozmowa Vincenta Vegi i Julesa Winnfielda w filmie Pulp Fiction. Panowie omawiają przypadek pewnego gangstera, który wymasował stopy żonie swojego szefa. Został za to zrzucony z wysokiego piętra na szklarnię w ogrodzie. Zdaniem Vincenta był to dowód, że masowanie stóp coś znaczy. Niestety, Pulp Fiction zrobiono dopiero w roku 1994 i w roku 1985 stażystka Anna miała prawo jeszcze nie wiedzieć, o co chodzi w masażu stóp.
I znów powiem to samo, co w przypadku Kevina Spacey - Anna, nieważne, jakie dowcipasy serwował ci Dustin Hoffman, spadaj ze swoimi rewelacjami sprzed 32 lat!

Jeśli ten świat nie jest popieprzony, to znaczy, że ja jestem stary i nic nie rozumiem. Wydaje mi się, że są problemy rzeczywiste, dzisiejsze, że cały czas ktoś kogoś krzywdzi, że coś się dzieje teraz, w tej chwili, bo przecież ludzie nie stali się doskonali i nie zapanował na świecie powszechny, wzajemny szacunek i miłość bliźniego (bez podtekstów!), że nie brakuje wydarzeń aktualnych. Czyżby było inaczej?
Rozumiem, że dziennikarze łykną każdą "sensację" dotyczącą życia gwiazd i spróbują na niej pojechać, ale czemu gwiazdy nie wysyłają ich na drzewo?

wtorek, 31 października 2017

Dlaczego nie jestem filozofem

Cóż, zdaję sobie sprawę z ryzyka zawartego w tytule tej notki. Aż prosi się, żeby co bardziej złośliwi czytelnicy odpowiedzieli mi boleśnie na to pytanie. Nie ma sprawy. Jestem gotów wziąć to na klatę, chociaż klata moja nie jest ogromna. Niezrażony ewentualnymi sugestiami co do zbieżności kalibru mego umysłu z kalibrem klaty powiem, dlaczego taka kwestia w ogóle zawisła dziś na wokandzie moich procesów myślowych.  To przez Dennetta, Daniela C. Dennetta, wielkiego filozofa klasy światowej, który nawiedził nasz kraj. Nie, nie... jeszcze nie zdążyłem stać się jego wyznawcą (słowo wyznawca brzmi ekscytująco w kontekście tego, że Dennett jest, jakby nie było, religiożercą), a nawet nie wiem, co Dennett napisał. Niczego nie czytałem. Chodzi o to, że każdą postać intelektualnego giganta przedstawia się, podając tytuły książek jego autorstwa. I zawsze wtedy podziwiam tytana myśli za to, że potrafił napisać więcej niż jedną książkę. Dawno odkryta prawda głosi, że każdy człowiek ma w sobie materiał na książkę, ale, właśnie - jedną. Wyłożyć swoją filozofię, swój sposób widzenia świata, swoje "odkrycia" większe lub mniejsze można w jednej książce. Lecz z czego złożyć następną? Na to trzeba być człowiekiem wybitnym (albo grafomanem).
Kiedy więc poczuję w sobie moc, by napisać kilka książek... napiszę pierwszą. A na razie poczytam. Człowiek rzadko staje się od tego bardziej szczęśliwy i niekoniecznie mądrzejszy, ale przynajmniej w trakcie jest przyjemnie :)

niedziela, 22 października 2017

Kochajcie opowiadania

Podobno trwa moda na opasłe książki, na grube powieści, które mogą mieć osiemset stron a nawet tysiąc. Podobno ludzie mało czytają, nie mogą skupić uwagi na dłuższym tekście karmieni plotkami na Pudelku, a jednak ciężkie tomiszcza z historiami rozciągniętymi od Paryża po Ural mają się dobrze. Ludzie je kupują. Czytam, że tak jest. Po sobie nie wiem, bo nie kupiłem ani nie czytałem od bardzo dawna nic w rozmiarze XXXL. Z rzeczy większych pamiętam Egipcjanina Sinuhe. Pamiętam, bo zdarzyło mi się do niego wracać. Znów mógłbym  to zrobić. Zdążyłem już zapomnieć fabułę. Nie muszę kupować ani pożyczać ciągle nowych książek (ale kupuję, cholera). Moje zapominanie fabuł pozwala mi cieszyć się wielokrotnie tą samą powieścią. A jeśli pamiętam, to też nie przeszkadza. Przecież najbardziej lubimy te piosenki, które znamy, prawda?
Lepiej pamiętam opowiadania. Tylko te, które czytałem kilka razy, rzecz jasna. Bo z opowiadaniami to łatwe. Najdzie człowieka faza za jakieś opowiadanie, sięga po książkę, trzask-prask, jak powiadał dziadek Jacek Poszepszyński, i po wszystkim. Z powieścią tak nie można. Z opowiadaniem można i trzeba. Opowiadania żyją w ludzkich głowach. Opowiadanie jest, moim zdaniem, najbardziej naturalną, oczywistą formą literacką. Ludzie od zawsze snuli opowieści. Opowieść po zapisaniu to opowiadanie. Powieści nie da się opowiedzieć w jeden wieczór. Opowiadanie pasuje jak ulał. To naturalna miara czasu skupienia ludzkiej uwagi przy słuchaniu. Człowiek przy końcu opowiadania pamięta jeszcze jego początek. To miłe :)
Hemingway pisał doskonałe opowiadania. Jego Krótkie szczęśliwe życie Franciszka Macombera mam w głowie już pół swojego życia. Podobnie jak Napój Hiperborejów Jacka Londona. Czechow to całkiem inna bajka, poznałem go później. Może i dobrze, to są opowiadania dla dzieci starszych ;)
Są i nowe opowiadania warte uwagi. Ot, choćby kiedyś trafiłem na opowiadanie Wojciecha Kuczoka Klapki (z zielonymi motylkami). Ach, jak mi szarpnęło bebechy. Jeśli szarpie, to jest dobre, to u mnie najwyższa forma pochwały. Jednak znaleźć coś naprawdę świetnego, to nie jest prosta sprawa. Kupiłem kiedyś zbiór opowiadań Janusza Majewskiego Ekshibicjonista i tylko jedno, tytułowe podobało mi się. Ciężko o dobre opowiadanie. Bo opowiadanie nie może mieć lepszych i gorszych momentów. Jest na to za krótkie. Całe musi być napisane na równym, wysokim poziomie. Gdybym mógł dostać jakiś talent, jak miś Colargol dostał od króla ptaków piękny głos, chciałbym mieć umiejętność pisania świetnych opowiadań. (Albo gry na fortepianie, żeby sobie grać jazz). I wtedy bym sobie pisał, pisał...

 



środa, 27 września 2017

Moje spotkanie z duchami przodków

Już się wyjaśniło, dlaczego Angela Merkel nie przyjechała do mnie w moim śnie. Po prostu tym snem antycypowałem (tak mi się podoba to słowo, że musiałem) wynik wyborów w Niemczech. Angela co prawda wygrała, ale trochę słabo, a do tego w ichnim parlamencie zaistniał niemiecki PiS i ona teraz kompletnie nie ma głowy do snów, tylko ma tej głowy ból. Tak przypuszczam.
W następnym śnie musiałem się obejść również bez Angeli. Sprostałem zadaniu. Przyśniłem trzęsienie ziemi, które zaskoczyło mnie w wieżowcu z wielkiej płyty. Był dobrze pospawany w narożnikach, bo chwiał się i tańczył w czasie wstrząsów, ale nie zawalił. Zdążyłem z niego wybiec na zieloną łąkę, a on stał nadal. Ziemia się uspokoiła, a on ciągle stał, tylko trochę zniekształcony, jak akordeon niewidomego muzyka zastrzelonego przez hitlerowca z pistoletu parabellum trzymanego dłonią w skórzanej rękawiczce. Taki akordeon robi iiirrrrr.... rozciągnięty ostatnim ruchem martwej już ręki i zamiera. Właśnie tak zamarł mój śniony wieżowiec. Tylko że w pionie.
Ale dlaczego śniło mi się, że z wieżowca wybiegłem na zieloną łąkę i to pustą, bezludną? Niewykluczone, że była to zapowiedź wczorajszego dnia. Wczoraj bowiem, jadąc samochodem z miasta M. do miasta P. wstąpiłem do miasteczka P., gdzie w parku nad jeziorem znajduje się niewielki kopiec, wczesnośredniowieczne grodzisko stożkowate. Niewątpliwie była to materializacja wieżowca ze snu, ponieważ łąka dokoła grodziska była z takiej samej trawy jak trawa we śnie. I też nie było żywego ducha. Co do duchów nieżywych, nie mam pewności, ale żywię nadzieję, że były. W końcu po to tam poszedłem, żeby poczuć obecność genius loci, czyli ducha miejsca. Jeszcze nie wiem, czy poczułem. Z duchami miejsc mam tak, że one pojawiają się u mnie powoli, bardzo nieśpiesznie. Jeżeli pamiętam jakieś miejsce przez kolejne lata, jeżeli nie zapominam, jak wyglądało, to znaczy, że duch miejsca tam był. Na razie wiem tylko, że na szczycie kopca ktoś zostawił koc. Sądząc po jego stanie, zostawił go dawno temu, jednak z pewnością nie w średniowieczu, bo koc był z włókna sztucznego. Ani chybi Słowianie.